piątek, 27 grudnia 2013

Bratnie dusze



Oto okładka tegorocznego zbiorku świątecznych historii (napisanych w ramach akcji zorganizowanej przez Magdę Kordel na jej blogu), a w nim moja świąteczna opowieść.


Bratnie dusze

Wierzysz w przeznaczenie? Ja tak. I to wcale nie znaczy, że płynę z prądem i poddaję się temu, co przynosi los. Przeciwnie. Mam rogatą duszę i biorę się z życiem za bary, kiedy trzeba. A jednak od czasu do czasu stwierdzam ze zdumieniem, że przydarza mi się coś, na co nie mam żadnego wpływu, nic nie mogę poradzić, a rzeczy dzieją się same. Wierzysz w miłość przekraczającą granice czasu i w obietnice złożone w innym życiu? Ja teraz wierzę.



***


Tamara pojawiła się w naszej firmie w pewien październikowy poranek. Kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz, zabrakło mi tchu. Pewnie myślisz, że olśniła mnie jej uroda albo figura. Fakt, była piękna, przynajmniej dla mnie, ale nie w tym rzecz. Szef oprowadzał ją po biurze i przedstawiał współpracownikom. Kiedy podeszli do mnie i ująłem jej wyciągniętą na powitanie rękę, między naszymi dłońmi przebiegł prąd. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, słowa uwięzły w gardle, a serce zaczęło bić jak oszalałe. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja utonąłem w ich bursztynowej otchłani. Miałem wrażenie, że minęły długie minuty zanim puściłem jej dłoń i pozwoliłem pójść dalej z szefem. Byłem pewny, że wszyscy widzieli moje oszołomienie i przez kilka chwil siedziałem przy komputerze przewracając papiery, zanim odważyłem się rozejrzeć dookoła. Na szczęście nikt na mnie nie patrzył.


Dwa dni później, w swoim koszyku na korespondencję służbową, znalazłem zieloną kopertę, na której ktoś napisał moje imię i nazwisko drukowanymi literami. Wewnątrz była kartka z fragmentem wiersza: 


"Dotknęłam pana jak motyl egretą 
przepraszam to było niechcący [...] 
zapomniałam że jestem kobietą" 
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska) 

Zaskoczony przeczytałem tekst chyba z dziesięć razy, a potem rozejrzałem się dyskretnie. Byłem przekonany, że ktoś mi zrobił dowcip, a teraz obserwuje zza rogu moją reakcję i ma dobrą zabawę. Nic jednak na to nie wskazywało. Schowałem kopertę z wierszem do książki, którą właśnie czytałem. 

Tamara pracowała w innym dziale, ale starałem się przynajmniej raz dziennie na nią trafić, aranżując niby przypadkowe spotykania w biurowej kuchni albo przy kserokopiarce. Uwielbiałem patrzeć na nią z daleka, gdy akurat zmierzała w moją stronę; poruszała się w sposób sprawiający wrażenie, że płynie nad ziemią. Wędrowałem wzrokiem po liniach jej ciała, a kiedy już była przy mnie, tonąłem w jej spojrzeniu i uśmiechu. Każda rozmowa z nią powodowała, że utwierdzałem się w przekonaniu, że znam ją od zawsze. 

W listopadzie dostałem kolejną przesyłkę. 

"Kto chce, bym go kochała, nie może być nigdy ponury 
i musi potrafić mnie unieść na ręku wysoko do góry. [...] 
Musi umieć pieska pogłaskać i mnie musi umieć pieścić, 
i śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści." 
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska) 

Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Nigdy nikt nie przysyłał mi wierszy. Oczywiście znałem postać autorki utworów, które otrzymałem, ale odkąd zdałem maturę (a było to dawno temu), nie zawracałem sobie głowy poezją. Tymczasem przesyłki zaczęły pojawiać się regularnie i pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że niecierpliwie na nie czekam. Dotarło też do mnie, że jestem po uszy zakochany w Tamarze. 

Dzień przed Wigilią w biurze panował świąteczny nastrój. Nikt już nie myślał o pracy; z odtwarzacza CD, ustawionego w pomieszczeniu recepcyjnym, rozlegał się na okrągło głos Mariah Carey śpiewającej All I Want for Christmas is You, a ludzie wymieniali się przepisami na potrawy świąteczne. Kiedy wróciłem do pokoju po krótkiej nasiadówce u szefa, na moim biurku znalazłem czerwoną kopertę motywem świątecznym. Myślałem, że to życzenia od któregoś z klientów, ale myliłem się. Na znajdującym się wewnątrz kartoniku był wydrukowany fragment wiersza: 

[...]Czuję jak pęcznieją wargi 
a spragnione palce 
rąk miłych szukają." 
(Małgorzata Hillar) 

Wieczorem pojechałem do domu Tamary. Otworzyła mi drzwi i bez słowa wpuściła do środka. Kiedy poszła do kuchni zrobić herbatę, podszedłem do dużego stołu stojącego obok przystrojonej choinki i zacząłem przeglądać leżące na nim książki. Ku mojemu zdumieniu zorientowałem się, że były to zbiory poezji. Przewróciłem kartki jednego z nich, a potem, nie mogąc się powstrzymać, zerknąłem na ekran otwartego laptopa. 
– To ja wysyłam ci wiersze – usłyszałem za swoimi plecami. 
Odwróciłem się powoli. Tamara stała w progu pokoju trzymając dwa kubki z herbatą. 
– Chciałem, żebyś to była ty – odpowiedziałem po prostu, a potem wziąłem od niej te kubki i postawiłem na stole. Odsunąłem z jej twarzy pasmo miodowych włosów. – Dlaczego zjawiłaś się tak późno w moim życiu? 
– Wcześniej nie byłeś gotowy. 
Nie do końca zrozumiałem, co miała na myśli, ale wtedy to było mało istotne. Trzymałem ją w objęciach i całowałem usta, które do tej pory smakowałem tylko w wyobraźni. Herbata stygła, a mój świat rozpadał się na atomy, gdy dotykałem jej ciała. Nad lewą piersią miała małe, brązowe znamię. 
– Skąd to masz? – Przesunąłem lekko palcem po okrągłej, ciemnej plamce. 
– Kiedyś uratowałam ci życie – odpowiedziała zagadkowo, a mnie znów pociemniało przed oczami i serce zaczęło bić w szalonym rytmie. 
– Dobrze się czujesz? – spytała z troską w głosie. 
– Coś dziwnego się ze mną dzieje, gdy cię dotykam. – Odetchnąłem głęboko. 
– Doskonale to rozumiem. 
– Czuję się tak… jakbym znał cię od bardzo dawna – wyszeptałem jej do ucha i znów pochyliłem się nad nią. 

Kilka lat później 

Siedziałem w fotelu przy ubranej choince i patrzyłem na leżący pod nią mały pakunek owinięty w złoty papier w gwiazdki i przewiązany czerwoną wstążką. Pod kokardą tkwił biały kartonik z dwoma zdaniami, które znałem na pamięć: „Dla Michała. Połóż pod choinką i otwórz w najbliższą wigilię Bożego Narodzenia”. To był właśnie ten dzień. Z wahaniem rozwiązałem kokardę i odwinąłem szeleszczący papier. Wewnątrz znajdował się niezbyt gruby zeszyt w sztywnych, lakierowanych okładkach, zatytułowany „Pamiętnik Tamary”. Otworzyłem na chybił trafił. 

Z pamiętnika Tamary 

Moja mama zadbała o to, żebym pamiętała, kim byłam przedtem. Od momentu, gdy zaczęłam mówić, skrzętnie notowała każde moje słowo, zdanie, a potem całe opowieści, które innym dorosłym wydawały się efektem zbyt częstego przebywania w krainie dziecięcej fantazji. Zapisywała, ale i rozmawiała ze mną, zachęcała do dzielenia się szczegółami. 




W innym miejscu, w innym czasie byłam tancerką. Miałam dziewiętnaście lat, przede mną jawiła się świetlana przyszłość i byłam zakochana ze wzajemnością w moim tanecznym partnerze. Chcieliśmy spędzić ze sobą resztę życia. W sali do ćwiczeń trwała kolejna próba przed występem, kiedy drzwi się otworzyły i do środka wpadł zazdrosny kochanek jednej z tancerek. Zaczął się awanturować jak oszalały, a potem wyciągnął pistolet i strzelił na oślep. Wszystko trwało bardzo krótko, kilkadziesiąt sekund. Tańcząc znalazłam się na linii strzału zasłaniając sobą mojego partnera i ukochanego. Gdy upadłam na podłogę, on ukląkł przy mnie, objął mnie ramionami i krzyczał, żebym nie umierała. 
– Odnajdę cię... – Zdążyłam złożyć obietnicę. – Przysięgam... A ty... spełnij swoje marzenia. 
– Ty jesteś moim marzeniem... Bez ciebie już nigdy nie zatańczę! – Potrząsał moim martwym ciałem, a ja stałam obok i trzymałam mu rękę na ramieniu. 


W tym życiu urodziłam się z małym znamieniem nad lewą piersią. To miejsce, w które wtedy trafiła kula. Kiedy miałam siedem lat, mama zapisała mnie do szkoły baletowej. Dwa lata później zobaczyłam Michała przez dużą szybę oddzielającą korytarz od sali treningowej. Miał wtedy dwanaście lat. Stałam w drzwiach, kiedy obrażony na cały świat tłumaczył nauczycielowi, że nie będzie tańczyć. 
– Nigdy nie chciałem chodzić do tej szkoły. Moi rodzice są tancerzami i uparli się, że będę taki jak oni, ale to ich marzenie, nie moje. 
– Jesteś bardzo utalentowany, rodzice wiedzą, co robią… – próbował tłumaczyć nauczyciel. 
– Nie będę tańczyć. – Michał pokręcił głową i cofnął się. 
Coś kazało mi wejść do środka. Kiedy podeszłam do niego i wzięłam za rękę, już wiedziałam. 
– Może zatańczysz ze mną? – zaproponowałam. 
Spojrzał na mnie z góry. 
– Nie tańczę z takimi smarkulami. 
Wróciłam do domu z płaczem. Mama mi tłumaczyła, że muszę trochę poczekać, bo on nie jest jeszcze gotowy. Wkrótce Michał odszedł ze szkoły baletowej, a cztery lata później wykryto u mnie poważną wadę serca. Moje marzenia i młodzieńcze plany legły w gruzach. Musiałam zrezygnować z tańca i prowadzić oszczędzający tryb życia. 


Minęło wiele lat nim ponownie spotkałam mojego ukochanego. Nowy szef oprowadzał mnie po biurze i przedstawiał współpracownikom. Kiedy witałam się z Michałem, poczułam, że przeszył mnie dreszcz; trzymał moją dłoń i wpatrywał się we mnie jak zahipnotyzowany. Zauważyłam, że z trudem oddychał. Delikatnie uwolniłam rękę z jego uścisku i już wiedziałam, że mnie rozpoznał. Wkrótce pojawiła się miłość. 


Czuję, że niedługo umrę. Lekarze szukają dla mnie nowego serca, ale wiem, że nie zdążą. Mój czas z Michałem kończy się. Mija sześć lat odkąd jesteśmy razem i były to dla mnie najszczęśliwsze i najintensywniej przeżyte lata. Chcę zostawić mu te zapiski, żeby poznał naszą historię i zrozumiał, dlaczego moje serce jest chore i z jakiego powodu on wzrusza się na spektaklach tanecznych. Kiedyś mi powiedział, że gdy ogląda balet, za każdym razem przypomina mu się obraz, który regularnie pojawia się w jego snach. 
– Widzę młodego mężczyznę w stroju do ćwiczeń. Siedzi na podłodze i trzyma w ramionach umierającą dziewczynę. Jej krótka, biała sukienka jest przesiąknięta krwią... Kiedy mężczyzna zaczyna krzyczeć, budzę się i przez kilka minut nie mogę dojść do siebie. Za każdym razem jest tak samo. 
Jak już przeczyta mój pamiętnik, wszystko zrozumie. On wciąż wierzy, że znajdzie się dla mnie nowe serce. Nie chcę mu odbierać tej nadziei, chociaż wiem, że przeznaczenie musi się wypełnić. 




*** 



To prawda, balet był naszą pasją, pomyślałem, zatrzaskując okładki gwiazdkowego daru. Chodziliśmy na wszystkie przedstawienia po kilka razy, płakaliśmy na spektaklach, słuchaliśmy muzyki i kupowaliśmy albumy o tańcu klasycznym. Rozumieliśmy się bez słów i ściągaliśmy nawzajem myślami, mówiliśmy do siebie oczami i dotykiem rąk. Kiedy trzymałem ją w ramionach, stawaliśmy się jednością o wspólnym krwiobiegu. Spędziliśmy razem sześć lat. Była moją bratnią duszą i miłością życia. Umarła dwa miesiące przed świętami, czekając na nowe serce. Zabrała ze sobą część mnie.


środa, 18 grudnia 2013

Pierwsze takie święta

Drugi raz wzięłam udział w akcji pisania świątecznych historii, zorganizowanej przez Magdę Kordel na jej blogu). Ponieważ tomik z opowiadaniami pojawi się lada dzień, zamieszczam swoją zeszłoroczną opowieść i zdjęcie okładki pierwszego zbiorku. Tegoroczna historia już wkrótce.


Pierwsze takie święta


Justyna zaprosiła mnie do siebie dzień przed Wigilią. Byłam zaskoczona, ponieważ do tej pory, a znamy się osiem lat, spotykałyśmy się w kawiarni. Posadziła mnie w salonie i poszła do kuchni zaparzyć kawę. Rozejrzałam się po ciepłym, gustownie urządzonym wnętrzu. W rogu pokoju stała, dwumetrowa, rozłożysta choinka. Uśmiechnięte dzieci Justyny wieszały na jej gałęziach własnoręcznie zrobione zabawki: kulki z orzechów włoskich pomalowanych na złoty kolor, wycięte z tektury i posypane brokatem gwiazdki, papierowy łańcuch, a do tego lukrowane pierniczki i cukierki owinięte w różnokolorową, błyszczącą folię. Z radiowego głośnika sączyły się nastrojowe dźwięki White Christmas. Kiedy zaczęłam nucić razem z wokalistą, pojawiła się Justyna niosąca na tacy dwie filiżanki z aromatycznym napojem i usiadła naprzeciwko mnie. Przez dłuższą chwilę obracała w palcach łyżeczkę, a potem oparła ją o spodeczek i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zrobiłam to – oświadczyła, a w jej głosie pojawiła się twarda nuta.
Spojrzałam na nią z ciekawością.
- Co zrobiłaś?
- Wezwałam policję. W Święto Zmarłych, pierwszego listopada.
Zakrztusiłam się kawą.
- I dopiero teraz mi mówisz? Prawie dwa miesiące później?
- Bo jeszcze sama nie mogę w to uwierzyć – odpowiedziała Justyna ze zdumieniem w głosie.
- Nareszcie. - Odetchnęłam głęboko. - Opowiesz mi?
- Tak, tylko muszę zebrać myśli… Napięcie narastało od połowy października. Znów, jak co roku pokłóciliśmy się o to, u których rodziców spędzimy Wigilię. Właściwie to nie była kłótnia, bo wiesz, że ja się nie kłócę… On po prostu jak zwykle zdecydował jednoosobowo, że spędzimy ten wieczór z jego rodziną. Jak co roku, od dziesięciu lat. Nie pytał o moje zdanie tak, jak nie pyta, gdzie i kiedy chciałabym pojechać na urlop, dokąd wyślemy nasze dzieci w czasie ferii lub wakacji, czy chciałabym pójść na imieniny do Iksińskich... Ma w nosie moje uczucia, podobnie jak ignoruje to, że wieczorem mam ochotę poczytać książkę. Wychodząc z salonu gasi wszystkie światła i zarządza, że pora spać… Tak samo, jak decyduje o długości mojego snu, trzymając mnie do trzeciej rano przy zapalonym świetle i wygłaszając przemowę na temat tego, jaka jestem głupia, bezwartościowa i na niczym się nie znam. I jakie mam cholerne szczęście, że trafiłam na niego, bo inaczej zginęłabym w tym świecie pełnym zastawionych na mnie pułapek. Tak samo, jak nie obchodzi go moje zdanie w kwestii świąt, tak samo nie dba o to, że muszę wstać o szóstej rano i będę nieprzytomna przez cały dzień. On chodzi do pracy kiedy chce. Ludzie za niego robią. Może się wyspać… Nie interesuje go również to, co zrobię z ubraniami, które wyrzuca mi z szafy po każdej kłótni, a ja wtedy nie wiem, co zrobić. Czy lepiej będzie zostawić je na podłodze, czy może sprzątnąć? Co go mniej rozwścieczy? Nie rozumie związku między szarpaniem i rzucaniem we mnie przedmiotami a moją niechęcią w łóżku. Nazwa mnie wtedy oziębłą krową… – Justyna przerwała na chwilę i spojrzała niewidzącym wzrokiem gdzieś ponad moją głową. – Pierwszy raz postawiłam się pod koniec października. Powiedziałam, że w tym roku zostaję na święta w domu z dziećmi i nic poza tym mnie nie obchodzi. Zrobił straszną awanturę, szarpał mnie, a potem trzasnął drzwiami i zniknął na cały weekend. Pojechał do swoich rodziców. Pierwszy raz od lat miałam spokojną sobotę i niedzielę. Czytałam, bawiłam się z synami, poszliśmy na długi spacer. Kiedy wrócił, czułam jego irytację na każdym kroku. Wybuchał o byle co, czepiał się dzieci. Pierwszego listopada, gdy wróciliśmy z grobów, wściekł się na starszego syna, który unika go jak ognia. Znów chodziło o zbyt małe – jego zdaniem – osiągnięcia sportowe. On ma jakąś obsesję na punkcie sportu. Nie pozwala dzieciakowi po prostu cieszyć się aktywnością fizyczną. Mają być medale i bicie rekordów! Nazywa go minimalistą. Tak było i tym razem. Stanęłam po stronie syna, a on wtedy zaczął krzyczeć. Zarzucał mi, że bronię „tej ofermy życiowej”, że przeze mnie syn jest „nieudacznikiem”. To jego słowa. Potem zaczął mnie szarpać i uderzać pięścią w ramię... – Justyna umilkła na chwilę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.
- Wtedy wezwałaś policję? – zapytałam ostrożnie.
- Jeszcze nie. Bałam się, że wyrwie mi telefon z ręki. Zaczęłam łagodzić sytuację. Powiedziałam, że porozmawiamy później, bo muszę wyjść na chwilę do sklepu, ponieważ zabraknie chleba na kolację. Uwierzył. Nie skojarzył, że w Święto Zmarłych sklepy są zamknięte. Ubrałam się, wzięłam torebkę, do której schowałam komórkę i zeszłam na parter. Stojąc przed klatką schodową, zadzwoniłam na policję. Wreszcie zrozumiałam po dziesięciu latach, że jeśli sama sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże, że to wszystko samo się nie skończy. Przypomniały mi się twoje słowa… Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego robię to swoim dzieciom. Poczułam się wtedy dotknięta… Powiedziałaś mi, że matka ma obowiązek chronić swoje dzieci i że ty do dziś nie możesz wybaczyć matce, że nie odeszła od męża alkoholika i awanturnika. Dotarło do mnie, że on czuje się całkowicie bezkarny. Nie wierzy mi, że mogę coś zrobić, ponieważ za moimi słowami nie idzie zmiana zachowania. Dotarło do mnie to, co mówiłaś mi wiele razy. Policja przyjechała po dziesięciu minutach. Czekałam na nich na dole. Poszli ze mną do mieszkania a on osłupiał na ich widok. Nawet nie próbował się stawiać. Odbyli z nim rozmowę ostrzegawczą i założyli niebieską kartę. Niedawno odwiedził nas dzielnicowy, a ja rozmyślam nad podjęciem kolejnego kroku. Wiem, że teraz już nie mogę się cofnąć. Rozmawiałam z prawnikiem i chcę złożyć pozew o rozwód. 


Ale najpiękniejsze jest to, że on wyjechał na całe święta. Ma wrócić po Nowym Roku. Jesteśmy sami, ja i dzieci. Pierwszy raz od dziesięciu lat będę miała to, czego ludzie sobie zazwyczaj życzą, a co dla mnie było do tej pory pustymi słowami: miłe, ciepłe i spokojne święta. Popatrz… – Wskazała na synów śmiejących się i skaczących przy choince, w drugim końcu pokoju. – Dzieci pierwszy raz w życiu same ubrały drzewko. Zgromadziły ozdoby zrobione w szkole i w domu. Do tej pory on wyrzucał wszystko do śmieci mówiąc, że to badziewie. Nie dbał o dziecięce łzy i sam ubierał choinkę. Granatowe bombki, srebrny łańcuch, białe lampki. Drzewko sztywne i chłodne, jak on sam. Wczoraj, gdy wyjechał, kupiłam różnokolorowe światełka… Będziemy siedzieć razem, rozmawiać swobodnie i pękać ze śmiechu. Jeśli coś wyleje się, nikt nie będzie krzyczał, bo to tylko obrus, który można uprać. Rozpakujemy prezenty, a potem pośpiewamy kolędy i obejrzymy świąteczny film. W piżamach, na dywanie, z poduszkami pod plecami i miską orzechów włoskich.