środa, 18 grudnia 2013

Pierwsze takie święta

Drugi raz wzięłam udział w akcji pisania świątecznych historii, zorganizowanej przez Magdę Kordel na jej blogu). Ponieważ tomik z opowiadaniami pojawi się lada dzień, zamieszczam swoją zeszłoroczną opowieść i zdjęcie okładki pierwszego zbiorku. Tegoroczna historia już wkrótce.


Pierwsze takie święta


Justyna zaprosiła mnie do siebie dzień przed Wigilią. Byłam zaskoczona, ponieważ do tej pory, a znamy się osiem lat, spotykałyśmy się w kawiarni. Posadziła mnie w salonie i poszła do kuchni zaparzyć kawę. Rozejrzałam się po ciepłym, gustownie urządzonym wnętrzu. W rogu pokoju stała, dwumetrowa, rozłożysta choinka. Uśmiechnięte dzieci Justyny wieszały na jej gałęziach własnoręcznie zrobione zabawki: kulki z orzechów włoskich pomalowanych na złoty kolor, wycięte z tektury i posypane brokatem gwiazdki, papierowy łańcuch, a do tego lukrowane pierniczki i cukierki owinięte w różnokolorową, błyszczącą folię. Z radiowego głośnika sączyły się nastrojowe dźwięki White Christmas. Kiedy zaczęłam nucić razem z wokalistą, pojawiła się Justyna niosąca na tacy dwie filiżanki z aromatycznym napojem i usiadła naprzeciwko mnie. Przez dłuższą chwilę obracała w palcach łyżeczkę, a potem oparła ją o spodeczek i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zrobiłam to – oświadczyła, a w jej głosie pojawiła się twarda nuta.
Spojrzałam na nią z ciekawością.
- Co zrobiłaś?
- Wezwałam policję. W Święto Zmarłych, pierwszego listopada.
Zakrztusiłam się kawą.
- I dopiero teraz mi mówisz? Prawie dwa miesiące później?
- Bo jeszcze sama nie mogę w to uwierzyć – odpowiedziała Justyna ze zdumieniem w głosie.
- Nareszcie. - Odetchnęłam głęboko. - Opowiesz mi?
- Tak, tylko muszę zebrać myśli… Napięcie narastało od połowy października. Znów, jak co roku pokłóciliśmy się o to, u których rodziców spędzimy Wigilię. Właściwie to nie była kłótnia, bo wiesz, że ja się nie kłócę… On po prostu jak zwykle zdecydował jednoosobowo, że spędzimy ten wieczór z jego rodziną. Jak co roku, od dziesięciu lat. Nie pytał o moje zdanie tak, jak nie pyta, gdzie i kiedy chciałabym pojechać na urlop, dokąd wyślemy nasze dzieci w czasie ferii lub wakacji, czy chciałabym pójść na imieniny do Iksińskich... Ma w nosie moje uczucia, podobnie jak ignoruje to, że wieczorem mam ochotę poczytać książkę. Wychodząc z salonu gasi wszystkie światła i zarządza, że pora spać… Tak samo, jak decyduje o długości mojego snu, trzymając mnie do trzeciej rano przy zapalonym świetle i wygłaszając przemowę na temat tego, jaka jestem głupia, bezwartościowa i na niczym się nie znam. I jakie mam cholerne szczęście, że trafiłam na niego, bo inaczej zginęłabym w tym świecie pełnym zastawionych na mnie pułapek. Tak samo, jak nie obchodzi go moje zdanie w kwestii świąt, tak samo nie dba o to, że muszę wstać o szóstej rano i będę nieprzytomna przez cały dzień. On chodzi do pracy kiedy chce. Ludzie za niego robią. Może się wyspać… Nie interesuje go również to, co zrobię z ubraniami, które wyrzuca mi z szafy po każdej kłótni, a ja wtedy nie wiem, co zrobić. Czy lepiej będzie zostawić je na podłodze, czy może sprzątnąć? Co go mniej rozwścieczy? Nie rozumie związku między szarpaniem i rzucaniem we mnie przedmiotami a moją niechęcią w łóżku. Nazwa mnie wtedy oziębłą krową… – Justyna przerwała na chwilę i spojrzała niewidzącym wzrokiem gdzieś ponad moją głową. – Pierwszy raz postawiłam się pod koniec października. Powiedziałam, że w tym roku zostaję na święta w domu z dziećmi i nic poza tym mnie nie obchodzi. Zrobił straszną awanturę, szarpał mnie, a potem trzasnął drzwiami i zniknął na cały weekend. Pojechał do swoich rodziców. Pierwszy raz od lat miałam spokojną sobotę i niedzielę. Czytałam, bawiłam się z synami, poszliśmy na długi spacer. Kiedy wrócił, czułam jego irytację na każdym kroku. Wybuchał o byle co, czepiał się dzieci. Pierwszego listopada, gdy wróciliśmy z grobów, wściekł się na starszego syna, który unika go jak ognia. Znów chodziło o zbyt małe – jego zdaniem – osiągnięcia sportowe. On ma jakąś obsesję na punkcie sportu. Nie pozwala dzieciakowi po prostu cieszyć się aktywnością fizyczną. Mają być medale i bicie rekordów! Nazywa go minimalistą. Tak było i tym razem. Stanęłam po stronie syna, a on wtedy zaczął krzyczeć. Zarzucał mi, że bronię „tej ofermy życiowej”, że przeze mnie syn jest „nieudacznikiem”. To jego słowa. Potem zaczął mnie szarpać i uderzać pięścią w ramię... – Justyna umilkła na chwilę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.
- Wtedy wezwałaś policję? – zapytałam ostrożnie.
- Jeszcze nie. Bałam się, że wyrwie mi telefon z ręki. Zaczęłam łagodzić sytuację. Powiedziałam, że porozmawiamy później, bo muszę wyjść na chwilę do sklepu, ponieważ zabraknie chleba na kolację. Uwierzył. Nie skojarzył, że w Święto Zmarłych sklepy są zamknięte. Ubrałam się, wzięłam torebkę, do której schowałam komórkę i zeszłam na parter. Stojąc przed klatką schodową, zadzwoniłam na policję. Wreszcie zrozumiałam po dziesięciu latach, że jeśli sama sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże, że to wszystko samo się nie skończy. Przypomniały mi się twoje słowa… Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego robię to swoim dzieciom. Poczułam się wtedy dotknięta… Powiedziałaś mi, że matka ma obowiązek chronić swoje dzieci i że ty do dziś nie możesz wybaczyć matce, że nie odeszła od męża alkoholika i awanturnika. Dotarło do mnie, że on czuje się całkowicie bezkarny. Nie wierzy mi, że mogę coś zrobić, ponieważ za moimi słowami nie idzie zmiana zachowania. Dotarło do mnie to, co mówiłaś mi wiele razy. Policja przyjechała po dziesięciu minutach. Czekałam na nich na dole. Poszli ze mną do mieszkania a on osłupiał na ich widok. Nawet nie próbował się stawiać. Odbyli z nim rozmowę ostrzegawczą i założyli niebieską kartę. Niedawno odwiedził nas dzielnicowy, a ja rozmyślam nad podjęciem kolejnego kroku. Wiem, że teraz już nie mogę się cofnąć. Rozmawiałam z prawnikiem i chcę złożyć pozew o rozwód. 


Ale najpiękniejsze jest to, że on wyjechał na całe święta. Ma wrócić po Nowym Roku. Jesteśmy sami, ja i dzieci. Pierwszy raz od dziesięciu lat będę miała to, czego ludzie sobie zazwyczaj życzą, a co dla mnie było do tej pory pustymi słowami: miłe, ciepłe i spokojne święta. Popatrz… – Wskazała na synów śmiejących się i skaczących przy choince, w drugim końcu pokoju. – Dzieci pierwszy raz w życiu same ubrały drzewko. Zgromadziły ozdoby zrobione w szkole i w domu. Do tej pory on wyrzucał wszystko do śmieci mówiąc, że to badziewie. Nie dbał o dziecięce łzy i sam ubierał choinkę. Granatowe bombki, srebrny łańcuch, białe lampki. Drzewko sztywne i chłodne, jak on sam. Wczoraj, gdy wyjechał, kupiłam różnokolorowe światełka… Będziemy siedzieć razem, rozmawiać swobodnie i pękać ze śmiechu. Jeśli coś wyleje się, nikt nie będzie krzyczał, bo to tylko obrus, który można uprać. Rozpakujemy prezenty, a potem pośpiewamy kolędy i obejrzymy świąteczny film. W piżamach, na dywanie, z poduszkami pod plecami i miską orzechów włoskich.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz