piątek, 1 marca 2013

Córa Koryntu i prawiczek


Wreszcie nadeszła ta wyśniona chwila, gdy opuściłem szacowne mury krakowskiej Alma Mater jako świeżo upieczony adept Temidy. Moi przyjaciele postanowili uczcić ten fakt przygotowaną specjalnie dla mnie niespodzianką. Impreza zaczęła się w akademiku, gdzie swoje cztery kąty miał jeden z uczestników zabawy. Wypiliśmy coś mocniejszego, a kiedy wybiła godzina duchów, przyjaciele zasłonili mi oczy wiążąc ciemną szarfę dookoła głowy i wyprowadzili na zewnątrz. Wsiedliśmy do samochodu i jechaliśmy około piętnastu minut często skręcając raz w prawo, to znów w lewo. Na początku próbowałem zapamiętać trasę, ale po kilku minutach zrezygnowałem, ponieważ w głowie mi się pomieszało od tych zakrętów. Wreszcie stanęliśmy i jeden z moich przyjaciół pomógł mi wyjść z samochodu. Weszliśmy do jakiegoś budynku. Chwilę później zostałem wprowadzony do ciepłego, pełnego gwaru i muzyki pomieszczenia.
- Jesteśmy na miejscu – usłyszałem. – Możesz zdjąć opaskę z oczu.
Powoli sięgnąłem do paska materiału otaczającego moją głowę. Pociągnąłem i moim oczom ukazał się niezwykły widok. Na pluszowych czerwonych kanapach i na okrągłych barowych stołkach siedziały w kuszących pozach kobiety. Blondynki, rude, brunetki… Każda z nich była ubrana w inną sukienkę podkreślającą to, co w niej najatrakcyjniejsze: nogi, pośladki, piersi. Wszystkie były zachwycająco piękne i uśmiechnięte. Barman skinął na mnie, żebym podszedł. Usiadłem na jednym z wolnych stołków i rozejrzałem się dookoła oszołomiony. Nie miałem wątpliwości, że trafiłem do domu pod czerwoną latarnią, a zgromadzone dziewczyny to prawdziwe córy Koryntu. Trzeba przyznać, że do tej pory nie zadawałem się z kobietami. Byłem prawiczkiem, w którego żyłach płynęła błękitna krew i czekałem na dobrze urodzoną damę swojego serca. Barman podał mi do ręki kieliszek na wysokiej nóżce. Wypiłem duszkiem boski trunek i rozluźniłem się. Z odzyskaną na nowo pewnością siebie wyciągnąłem do barmana rękę z pustym szkłem.
- Jeszcze raz to samo.
Powtórzyłem ten gest trzy razy aż poczułem, że kręci mi się w głowie. Wtedy dwie z siedzących obok dam kameliowych wzięły mnie za ręce i zaprowadziły w głąb pomieszczenia. Za grubą, aksamitną kotarą w kolorze czerwonego wina były ukryte drzwi. Panienki wepchnęły mnie do środka. W pokoju panował półmrok i chwilę mi zajęło przyzwyczajenie wzroku do widzenia w przyćmionym świetle. 
Wtedy zaparło mi dech w piersiach. Na łóżku leżała naga, ruda piękność o rubensowskich kształtach niczym panna O'Murphy z obrazu Francoisa Bouchera Akt na sofie. Z trudem przełknąłem ślinę i poczułem, że moje spodnie nagle zrobiły się ciasne.
- Zdejmij ubranie – usłyszałem polecenie wydane niskim, lekko zachrypniętym głosem. Drżącymi z emocji palcami z trudem rozpinałem guziki mojej garderoby. Wkrótce stanąłem przed nią w stroju Adama ściskając w rękach swoje męskie klejnoty.
- Chodź tu do mnie. – Kobieta skinęła dłonią. Słodkie igraszki z Wenerą to zbyt skromna nazwa tego, co się zaczęło dziać, gdy zająłem miejsce obok niej. Rudowłosa okazała się istnym diabłem wcielonym o niespożytej energii, bez zahamowań, bez ograniczeń. Jako nowicjusz ledwo dotrzymywałem jej kroku. W pewnym momencie pomyślałem, że jeśli nie wyzionę ducha z nadmiaru emocji, to zwariuję i zamkną mnie w domu bez klamek. Ale to wszystko było warte nawet wstydliwej choroby post factum.
Kiedy już zupełnie zabrakło nam sił, przytuliłem twarz do jej białej piersi i szczęśliwy zapadłem w objęcia Morfeusza. Na drugi dzień obudziłem się w swoim własnym łóżku, ubrany w piżamę w paski. Rozciągając leniwie ciało, mruczałem z zadowoleniem na myśl o minionej nocy. Ale miałem sen! To chyba znak, żebym wreszcie znalazł sobie dziewczynę, pomyślałem. Przez pół niedzieli snułem się po domu nakręcony jak budzik, wspominając rudą córę Koryntu ze snu i moje łóżkowe popisy. Wszystko to trwało do czasu, gdy po południu włączyłem komputer i wszedłem na swój profil na Facebooku. Filmik umieszczony na mojej tablicy zwalił mnie z nóg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz