piątek, 27 grudnia 2013

Bratnie dusze



Oto okładka tegorocznego zbiorku świątecznych historii (napisanych w ramach akcji zorganizowanej przez Magdę Kordel na jej blogu), a w nim moja świąteczna opowieść.


Bratnie dusze

Wierzysz w przeznaczenie? Ja tak. I to wcale nie znaczy, że płynę z prądem i poddaję się temu, co przynosi los. Przeciwnie. Mam rogatą duszę i biorę się z życiem za bary, kiedy trzeba. A jednak od czasu do czasu stwierdzam ze zdumieniem, że przydarza mi się coś, na co nie mam żadnego wpływu, nic nie mogę poradzić, a rzeczy dzieją się same. Wierzysz w miłość przekraczającą granice czasu i w obietnice złożone w innym życiu? Ja teraz wierzę.



***


Tamara pojawiła się w naszej firmie w pewien październikowy poranek. Kiedy ją zobaczyłem pierwszy raz, zabrakło mi tchu. Pewnie myślisz, że olśniła mnie jej uroda albo figura. Fakt, była piękna, przynajmniej dla mnie, ale nie w tym rzecz. Szef oprowadzał ją po biurze i przedstawiał współpracownikom. Kiedy podeszli do mnie i ująłem jej wyciągniętą na powitanie rękę, między naszymi dłońmi przebiegł prąd. Zrobiło mi się ciemno przed oczami, słowa uwięzły w gardle, a serce zaczęło bić jak oszalałe. Patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, a ja utonąłem w ich bursztynowej otchłani. Miałem wrażenie, że minęły długie minuty zanim puściłem jej dłoń i pozwoliłem pójść dalej z szefem. Byłem pewny, że wszyscy widzieli moje oszołomienie i przez kilka chwil siedziałem przy komputerze przewracając papiery, zanim odważyłem się rozejrzeć dookoła. Na szczęście nikt na mnie nie patrzył.


Dwa dni później, w swoim koszyku na korespondencję służbową, znalazłem zieloną kopertę, na której ktoś napisał moje imię i nazwisko drukowanymi literami. Wewnątrz była kartka z fragmentem wiersza: 


"Dotknęłam pana jak motyl egretą 
przepraszam to było niechcący [...] 
zapomniałam że jestem kobietą" 
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska) 

Zaskoczony przeczytałem tekst chyba z dziesięć razy, a potem rozejrzałem się dyskretnie. Byłem przekonany, że ktoś mi zrobił dowcip, a teraz obserwuje zza rogu moją reakcję i ma dobrą zabawę. Nic jednak na to nie wskazywało. Schowałem kopertę z wierszem do książki, którą właśnie czytałem. 

Tamara pracowała w innym dziale, ale starałem się przynajmniej raz dziennie na nią trafić, aranżując niby przypadkowe spotykania w biurowej kuchni albo przy kserokopiarce. Uwielbiałem patrzeć na nią z daleka, gdy akurat zmierzała w moją stronę; poruszała się w sposób sprawiający wrażenie, że płynie nad ziemią. Wędrowałem wzrokiem po liniach jej ciała, a kiedy już była przy mnie, tonąłem w jej spojrzeniu i uśmiechu. Każda rozmowa z nią powodowała, że utwierdzałem się w przekonaniu, że znam ją od zawsze. 

W listopadzie dostałem kolejną przesyłkę. 

"Kto chce, bym go kochała, nie może być nigdy ponury 
i musi potrafić mnie unieść na ręku wysoko do góry. [...] 
Musi umieć pieska pogłaskać i mnie musi umieć pieścić, 
i śmiać się, i na dnie siebie żyć słodkim snem bez treści." 
(Maria Pawlikowska-Jasnorzewska) 

Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Nigdy nikt nie przysyłał mi wierszy. Oczywiście znałem postać autorki utworów, które otrzymałem, ale odkąd zdałem maturę (a było to dawno temu), nie zawracałem sobie głowy poezją. Tymczasem przesyłki zaczęły pojawiać się regularnie i pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że niecierpliwie na nie czekam. Dotarło też do mnie, że jestem po uszy zakochany w Tamarze. 

Dzień przed Wigilią w biurze panował świąteczny nastrój. Nikt już nie myślał o pracy; z odtwarzacza CD, ustawionego w pomieszczeniu recepcyjnym, rozlegał się na okrągło głos Mariah Carey śpiewającej All I Want for Christmas is You, a ludzie wymieniali się przepisami na potrawy świąteczne. Kiedy wróciłem do pokoju po krótkiej nasiadówce u szefa, na moim biurku znalazłem czerwoną kopertę motywem świątecznym. Myślałem, że to życzenia od któregoś z klientów, ale myliłem się. Na znajdującym się wewnątrz kartoniku był wydrukowany fragment wiersza: 

[...]Czuję jak pęcznieją wargi 
a spragnione palce 
rąk miłych szukają." 
(Małgorzata Hillar) 

Wieczorem pojechałem do domu Tamary. Otworzyła mi drzwi i bez słowa wpuściła do środka. Kiedy poszła do kuchni zrobić herbatę, podszedłem do dużego stołu stojącego obok przystrojonej choinki i zacząłem przeglądać leżące na nim książki. Ku mojemu zdumieniu zorientowałem się, że były to zbiory poezji. Przewróciłem kartki jednego z nich, a potem, nie mogąc się powstrzymać, zerknąłem na ekran otwartego laptopa. 
– To ja wysyłam ci wiersze – usłyszałem za swoimi plecami. 
Odwróciłem się powoli. Tamara stała w progu pokoju trzymając dwa kubki z herbatą. 
– Chciałem, żebyś to była ty – odpowiedziałem po prostu, a potem wziąłem od niej te kubki i postawiłem na stole. Odsunąłem z jej twarzy pasmo miodowych włosów. – Dlaczego zjawiłaś się tak późno w moim życiu? 
– Wcześniej nie byłeś gotowy. 
Nie do końca zrozumiałem, co miała na myśli, ale wtedy to było mało istotne. Trzymałem ją w objęciach i całowałem usta, które do tej pory smakowałem tylko w wyobraźni. Herbata stygła, a mój świat rozpadał się na atomy, gdy dotykałem jej ciała. Nad lewą piersią miała małe, brązowe znamię. 
– Skąd to masz? – Przesunąłem lekko palcem po okrągłej, ciemnej plamce. 
– Kiedyś uratowałam ci życie – odpowiedziała zagadkowo, a mnie znów pociemniało przed oczami i serce zaczęło bić w szalonym rytmie. 
– Dobrze się czujesz? – spytała z troską w głosie. 
– Coś dziwnego się ze mną dzieje, gdy cię dotykam. – Odetchnąłem głęboko. 
– Doskonale to rozumiem. 
– Czuję się tak… jakbym znał cię od bardzo dawna – wyszeptałem jej do ucha i znów pochyliłem się nad nią. 

Kilka lat później 

Siedziałem w fotelu przy ubranej choince i patrzyłem na leżący pod nią mały pakunek owinięty w złoty papier w gwiazdki i przewiązany czerwoną wstążką. Pod kokardą tkwił biały kartonik z dwoma zdaniami, które znałem na pamięć: „Dla Michała. Połóż pod choinką i otwórz w najbliższą wigilię Bożego Narodzenia”. To był właśnie ten dzień. Z wahaniem rozwiązałem kokardę i odwinąłem szeleszczący papier. Wewnątrz znajdował się niezbyt gruby zeszyt w sztywnych, lakierowanych okładkach, zatytułowany „Pamiętnik Tamary”. Otworzyłem na chybił trafił. 

Z pamiętnika Tamary 

Moja mama zadbała o to, żebym pamiętała, kim byłam przedtem. Od momentu, gdy zaczęłam mówić, skrzętnie notowała każde moje słowo, zdanie, a potem całe opowieści, które innym dorosłym wydawały się efektem zbyt częstego przebywania w krainie dziecięcej fantazji. Zapisywała, ale i rozmawiała ze mną, zachęcała do dzielenia się szczegółami. 




W innym miejscu, w innym czasie byłam tancerką. Miałam dziewiętnaście lat, przede mną jawiła się świetlana przyszłość i byłam zakochana ze wzajemnością w moim tanecznym partnerze. Chcieliśmy spędzić ze sobą resztę życia. W sali do ćwiczeń trwała kolejna próba przed występem, kiedy drzwi się otworzyły i do środka wpadł zazdrosny kochanek jednej z tancerek. Zaczął się awanturować jak oszalały, a potem wyciągnął pistolet i strzelił na oślep. Wszystko trwało bardzo krótko, kilkadziesiąt sekund. Tańcząc znalazłam się na linii strzału zasłaniając sobą mojego partnera i ukochanego. Gdy upadłam na podłogę, on ukląkł przy mnie, objął mnie ramionami i krzyczał, żebym nie umierała. 
– Odnajdę cię... – Zdążyłam złożyć obietnicę. – Przysięgam... A ty... spełnij swoje marzenia. 
– Ty jesteś moim marzeniem... Bez ciebie już nigdy nie zatańczę! – Potrząsał moim martwym ciałem, a ja stałam obok i trzymałam mu rękę na ramieniu. 


W tym życiu urodziłam się z małym znamieniem nad lewą piersią. To miejsce, w które wtedy trafiła kula. Kiedy miałam siedem lat, mama zapisała mnie do szkoły baletowej. Dwa lata później zobaczyłam Michała przez dużą szybę oddzielającą korytarz od sali treningowej. Miał wtedy dwanaście lat. Stałam w drzwiach, kiedy obrażony na cały świat tłumaczył nauczycielowi, że nie będzie tańczyć. 
– Nigdy nie chciałem chodzić do tej szkoły. Moi rodzice są tancerzami i uparli się, że będę taki jak oni, ale to ich marzenie, nie moje. 
– Jesteś bardzo utalentowany, rodzice wiedzą, co robią… – próbował tłumaczyć nauczyciel. 
– Nie będę tańczyć. – Michał pokręcił głową i cofnął się. 
Coś kazało mi wejść do środka. Kiedy podeszłam do niego i wzięłam za rękę, już wiedziałam. 
– Może zatańczysz ze mną? – zaproponowałam. 
Spojrzał na mnie z góry. 
– Nie tańczę z takimi smarkulami. 
Wróciłam do domu z płaczem. Mama mi tłumaczyła, że muszę trochę poczekać, bo on nie jest jeszcze gotowy. Wkrótce Michał odszedł ze szkoły baletowej, a cztery lata później wykryto u mnie poważną wadę serca. Moje marzenia i młodzieńcze plany legły w gruzach. Musiałam zrezygnować z tańca i prowadzić oszczędzający tryb życia. 


Minęło wiele lat nim ponownie spotkałam mojego ukochanego. Nowy szef oprowadzał mnie po biurze i przedstawiał współpracownikom. Kiedy witałam się z Michałem, poczułam, że przeszył mnie dreszcz; trzymał moją dłoń i wpatrywał się we mnie jak zahipnotyzowany. Zauważyłam, że z trudem oddychał. Delikatnie uwolniłam rękę z jego uścisku i już wiedziałam, że mnie rozpoznał. Wkrótce pojawiła się miłość. 


Czuję, że niedługo umrę. Lekarze szukają dla mnie nowego serca, ale wiem, że nie zdążą. Mój czas z Michałem kończy się. Mija sześć lat odkąd jesteśmy razem i były to dla mnie najszczęśliwsze i najintensywniej przeżyte lata. Chcę zostawić mu te zapiski, żeby poznał naszą historię i zrozumiał, dlaczego moje serce jest chore i z jakiego powodu on wzrusza się na spektaklach tanecznych. Kiedyś mi powiedział, że gdy ogląda balet, za każdym razem przypomina mu się obraz, który regularnie pojawia się w jego snach. 
– Widzę młodego mężczyznę w stroju do ćwiczeń. Siedzi na podłodze i trzyma w ramionach umierającą dziewczynę. Jej krótka, biała sukienka jest przesiąknięta krwią... Kiedy mężczyzna zaczyna krzyczeć, budzę się i przez kilka minut nie mogę dojść do siebie. Za każdym razem jest tak samo. 
Jak już przeczyta mój pamiętnik, wszystko zrozumie. On wciąż wierzy, że znajdzie się dla mnie nowe serce. Nie chcę mu odbierać tej nadziei, chociaż wiem, że przeznaczenie musi się wypełnić. 




*** 



To prawda, balet był naszą pasją, pomyślałem, zatrzaskując okładki gwiazdkowego daru. Chodziliśmy na wszystkie przedstawienia po kilka razy, płakaliśmy na spektaklach, słuchaliśmy muzyki i kupowaliśmy albumy o tańcu klasycznym. Rozumieliśmy się bez słów i ściągaliśmy nawzajem myślami, mówiliśmy do siebie oczami i dotykiem rąk. Kiedy trzymałem ją w ramionach, stawaliśmy się jednością o wspólnym krwiobiegu. Spędziliśmy razem sześć lat. Była moją bratnią duszą i miłością życia. Umarła dwa miesiące przed świętami, czekając na nowe serce. Zabrała ze sobą część mnie.


środa, 18 grudnia 2013

Pierwsze takie święta

Drugi raz wzięłam udział w akcji pisania świątecznych historii, zorganizowanej przez Magdę Kordel na jej blogu). Ponieważ tomik z opowiadaniami pojawi się lada dzień, zamieszczam swoją zeszłoroczną opowieść i zdjęcie okładki pierwszego zbiorku. Tegoroczna historia już wkrótce.


Pierwsze takie święta


Justyna zaprosiła mnie do siebie dzień przed Wigilią. Byłam zaskoczona, ponieważ do tej pory, a znamy się osiem lat, spotykałyśmy się w kawiarni. Posadziła mnie w salonie i poszła do kuchni zaparzyć kawę. Rozejrzałam się po ciepłym, gustownie urządzonym wnętrzu. W rogu pokoju stała, dwumetrowa, rozłożysta choinka. Uśmiechnięte dzieci Justyny wieszały na jej gałęziach własnoręcznie zrobione zabawki: kulki z orzechów włoskich pomalowanych na złoty kolor, wycięte z tektury i posypane brokatem gwiazdki, papierowy łańcuch, a do tego lukrowane pierniczki i cukierki owinięte w różnokolorową, błyszczącą folię. Z radiowego głośnika sączyły się nastrojowe dźwięki White Christmas. Kiedy zaczęłam nucić razem z wokalistą, pojawiła się Justyna niosąca na tacy dwie filiżanki z aromatycznym napojem i usiadła naprzeciwko mnie. Przez dłuższą chwilę obracała w palcach łyżeczkę, a potem oparła ją o spodeczek i spojrzała mi prosto w oczy.
- Zrobiłam to – oświadczyła, a w jej głosie pojawiła się twarda nuta.
Spojrzałam na nią z ciekawością.
- Co zrobiłaś?
- Wezwałam policję. W Święto Zmarłych, pierwszego listopada.
Zakrztusiłam się kawą.
- I dopiero teraz mi mówisz? Prawie dwa miesiące później?
- Bo jeszcze sama nie mogę w to uwierzyć – odpowiedziała Justyna ze zdumieniem w głosie.
- Nareszcie. - Odetchnęłam głęboko. - Opowiesz mi?
- Tak, tylko muszę zebrać myśli… Napięcie narastało od połowy października. Znów, jak co roku pokłóciliśmy się o to, u których rodziców spędzimy Wigilię. Właściwie to nie była kłótnia, bo wiesz, że ja się nie kłócę… On po prostu jak zwykle zdecydował jednoosobowo, że spędzimy ten wieczór z jego rodziną. Jak co roku, od dziesięciu lat. Nie pytał o moje zdanie tak, jak nie pyta, gdzie i kiedy chciałabym pojechać na urlop, dokąd wyślemy nasze dzieci w czasie ferii lub wakacji, czy chciałabym pójść na imieniny do Iksińskich... Ma w nosie moje uczucia, podobnie jak ignoruje to, że wieczorem mam ochotę poczytać książkę. Wychodząc z salonu gasi wszystkie światła i zarządza, że pora spać… Tak samo, jak decyduje o długości mojego snu, trzymając mnie do trzeciej rano przy zapalonym świetle i wygłaszając przemowę na temat tego, jaka jestem głupia, bezwartościowa i na niczym się nie znam. I jakie mam cholerne szczęście, że trafiłam na niego, bo inaczej zginęłabym w tym świecie pełnym zastawionych na mnie pułapek. Tak samo, jak nie obchodzi go moje zdanie w kwestii świąt, tak samo nie dba o to, że muszę wstać o szóstej rano i będę nieprzytomna przez cały dzień. On chodzi do pracy kiedy chce. Ludzie za niego robią. Może się wyspać… Nie interesuje go również to, co zrobię z ubraniami, które wyrzuca mi z szafy po każdej kłótni, a ja wtedy nie wiem, co zrobić. Czy lepiej będzie zostawić je na podłodze, czy może sprzątnąć? Co go mniej rozwścieczy? Nie rozumie związku między szarpaniem i rzucaniem we mnie przedmiotami a moją niechęcią w łóżku. Nazwa mnie wtedy oziębłą krową… – Justyna przerwała na chwilę i spojrzała niewidzącym wzrokiem gdzieś ponad moją głową. – Pierwszy raz postawiłam się pod koniec października. Powiedziałam, że w tym roku zostaję na święta w domu z dziećmi i nic poza tym mnie nie obchodzi. Zrobił straszną awanturę, szarpał mnie, a potem trzasnął drzwiami i zniknął na cały weekend. Pojechał do swoich rodziców. Pierwszy raz od lat miałam spokojną sobotę i niedzielę. Czytałam, bawiłam się z synami, poszliśmy na długi spacer. Kiedy wrócił, czułam jego irytację na każdym kroku. Wybuchał o byle co, czepiał się dzieci. Pierwszego listopada, gdy wróciliśmy z grobów, wściekł się na starszego syna, który unika go jak ognia. Znów chodziło o zbyt małe – jego zdaniem – osiągnięcia sportowe. On ma jakąś obsesję na punkcie sportu. Nie pozwala dzieciakowi po prostu cieszyć się aktywnością fizyczną. Mają być medale i bicie rekordów! Nazywa go minimalistą. Tak było i tym razem. Stanęłam po stronie syna, a on wtedy zaczął krzyczeć. Zarzucał mi, że bronię „tej ofermy życiowej”, że przeze mnie syn jest „nieudacznikiem”. To jego słowa. Potem zaczął mnie szarpać i uderzać pięścią w ramię... – Justyna umilkła na chwilę. Przez moje ciało przeszedł dreszcz, a dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.
- Wtedy wezwałaś policję? – zapytałam ostrożnie.
- Jeszcze nie. Bałam się, że wyrwie mi telefon z ręki. Zaczęłam łagodzić sytuację. Powiedziałam, że porozmawiamy później, bo muszę wyjść na chwilę do sklepu, ponieważ zabraknie chleba na kolację. Uwierzył. Nie skojarzył, że w Święto Zmarłych sklepy są zamknięte. Ubrałam się, wzięłam torebkę, do której schowałam komórkę i zeszłam na parter. Stojąc przed klatką schodową, zadzwoniłam na policję. Wreszcie zrozumiałam po dziesięciu latach, że jeśli sama sobie nie pomogę, nikt mi nie pomoże, że to wszystko samo się nie skończy. Przypomniały mi się twoje słowa… Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego robię to swoim dzieciom. Poczułam się wtedy dotknięta… Powiedziałaś mi, że matka ma obowiązek chronić swoje dzieci i że ty do dziś nie możesz wybaczyć matce, że nie odeszła od męża alkoholika i awanturnika. Dotarło do mnie, że on czuje się całkowicie bezkarny. Nie wierzy mi, że mogę coś zrobić, ponieważ za moimi słowami nie idzie zmiana zachowania. Dotarło do mnie to, co mówiłaś mi wiele razy. Policja przyjechała po dziesięciu minutach. Czekałam na nich na dole. Poszli ze mną do mieszkania a on osłupiał na ich widok. Nawet nie próbował się stawiać. Odbyli z nim rozmowę ostrzegawczą i założyli niebieską kartę. Niedawno odwiedził nas dzielnicowy, a ja rozmyślam nad podjęciem kolejnego kroku. Wiem, że teraz już nie mogę się cofnąć. Rozmawiałam z prawnikiem i chcę złożyć pozew o rozwód. 


Ale najpiękniejsze jest to, że on wyjechał na całe święta. Ma wrócić po Nowym Roku. Jesteśmy sami, ja i dzieci. Pierwszy raz od dziesięciu lat będę miała to, czego ludzie sobie zazwyczaj życzą, a co dla mnie było do tej pory pustymi słowami: miłe, ciepłe i spokojne święta. Popatrz… – Wskazała na synów śmiejących się i skaczących przy choince, w drugim końcu pokoju. – Dzieci pierwszy raz w życiu same ubrały drzewko. Zgromadziły ozdoby zrobione w szkole i w domu. Do tej pory on wyrzucał wszystko do śmieci mówiąc, że to badziewie. Nie dbał o dziecięce łzy i sam ubierał choinkę. Granatowe bombki, srebrny łańcuch, białe lampki. Drzewko sztywne i chłodne, jak on sam. Wczoraj, gdy wyjechał, kupiłam różnokolorowe światełka… Będziemy siedzieć razem, rozmawiać swobodnie i pękać ze śmiechu. Jeśli coś wyleje się, nikt nie będzie krzyczał, bo to tylko obrus, który można uprać. Rozpakujemy prezenty, a potem pośpiewamy kolędy i obejrzymy świąteczny film. W piżamach, na dywanie, z poduszkami pod plecami i miską orzechów włoskich.


środa, 28 sierpnia 2013

Porada prawna

Miesiąc temu potrzebowałam porady prawnej i pomocy przy sporządzeniu pewnego dokumentu. Wyszukałam w internecie kancelarie z siedzibą blisko mojego miejsca zamieszkania i zadzwoniłam do jednej z nich. Kiedy wyjaśniłam o co mi chodzi, usłyszałam:
- Hmmm, co prawda nigdy tego nie robiłam, ale co tam! Zrobię to dla pani - wspaniałomyślnie obiecała pani radca prawny.
- To świetnie - ucieszyłam się, ale w głowie zapaliła mi się pierwsza lampka.
- Kiedy pani chce się spotkać?
- Choćby dziś - odpowiedziałam. - O dowolnej godzinie.
- Hmmm... Mam tylko jedno spotkanie, bo nie chce mi się dziś pracować... Dobrze, niech pani przyjdzie po tym kliencie. O dwunastej trzydzieści.
W mojej głowie rozbłysła druga lampka. Cały czas kołatało mi w głowie zdanie: "Nigdy tego nie robiłam." Chodziło o standardowy dokument prawny. Sama bym go sporządziła, ale potrzebowałam na nim pieczątkę radcy prawnego. Postanowiłam jeszcze raz zadzwonić. Nikt nie odbierał, więc po kilku minutach ponowiłam próbę. Bez rezultatu. Zadzwoniłam trzeci raz i wreszcie pani zgłosiła się.
- Helou! - wysapała w słuchawkę. 
- To jeszcze raz ja - przedstawiłam się. - Chciałabym się upewnić, czy...
Przerwał mi perlisty śmiech.
- Ha, ha, ha! Przepraszam! Hi, hi, hi! Że tak sapię! Ha, ha! Właśnie ścigałam się z mężem jadąc samochodem. Hi, hi, hi!! Ale pani coś chciała?
- Po to dzwonię. - Zadałam rozmówczyni dodatkowe pytania.
- Aaa... Tak... Oczywiście - odpowiedziała.
Pożegnałam się. W głowie paliła się trzecia lampka, ale poszłam na spotkanie.


Pod drzwiami kancelarii znalazłam się pięć minut przed czasem. Gdy miałam nacisnąć guzik domofonu, z torebki dobiegł mnie dźwięk SMS-a. Przeczytałam: "Przepraszam, ale musiałam wyjść. Proszę poczekać".

Nigdy nie należy lekceważyć palących się w głowie lampek.


piątek, 28 czerwca 2013

Mam sobie nie zawracać... :-)

Za pośrednictwem koleżanki, która pożyczyła "To, co najważniejsze" swojej znajomej, otrzymałam zabawną i niezwykłą opinię na temat mojego pisania: 

"Powiedz jej, żeby sobie dupy nie zawracała pisaniem romansideł, tylko niech się weźmie za pisanie kryminałów, bo ma baba potencjał i psychologię w jednym palcu."





piątek, 10 maja 2013

Wywiad



Jeśli macie ochotę przeczytać wywiad ze mną, przeprowadzony przez Kasię Pessel, zapraszam na jej blog Taki jest świat lub na stronę Czytajmy Polskich Autorów.



niedziela, 14 kwietnia 2013

Puszka Pandory


Tytan Prometeusz zrobił Zeusowi bezkarnie kilka psikusów, ale wreszcie doigrał się, gdy wykradł bogom ogień i dał go ludziom. Tego było już za wiele i władca Olimpu postanowił zemścić się i ukarać ludzi. Poprosił Hefajstosa, boskiego kowala, żeby ulepił z gliny piękną kobietę. Nazwał ją Pandora, wyposażył w zamkniętą puszkę i polecił Hermesowi zaprowadzić ją do Epimeteusza. Na odchodne powiedział kobiecie, że pod żadnym pozorem nie wolno jej otwierać puszki. Prometeusz, brat obdarowanego, ostrzegł go przed przyjmowaniem jakichkolwiek upominków od Zeusa, który nie miał żadnych powodów do okazywania życzliwości tytanom. Jednak Epimeteuszowi daleko było do inteligencji i sprytu swojego brata. Ujęty urodą Pandory przyjął ją do swojego domu i poślubił. Pandora codziennie rozmyślała o zawartości zamkniętej puszki, którą dostała w posagu. Była przekonana, że wewnątrz znajduje się coś cennego i z dnia na dzień coraz trudniej było jej odwracać uwagę od zawartości pojemnika. Co to za prezent, którego nie można otworzyć, myślała oburzona. Pewnego dnia ciekawość zwyciężyła i Pandora – podobno równie piękna jak głupia - otworzyła puszkę. Wtedy wyleciały z niej wszystkie smutki, choroby, kłótnie, kataklizmy i zmartwienia nękające ludzi do dziś. Przerażona Pandora próbowała zamknąć puszkę z powrotem, ale już było za późno. Zawartość pojemnika rozprzestrzeniła się po całym świecie. Jedyne, co udało się zatrzymać, to nadzieję, która uchroniła ludzkość przed zbiorowym samobójstwem.

Obecnie puszka Pandory jest symbolem nieszczęść, nieprzewidzianych trudności, kłopotów i zmartwień. 

Ostatnio otworzyłam taką "puszkę". Wnioski? Jeden: Dobre uczynki nigdy nie uchodzą bezkarnie.



piątek, 22 marca 2013

Złoty dotyk


Zeus, władca bogów i ludzi, stróż porządku i prawa, nie przejmował się moralnością. Można to zrozumieć, bowiem Zeus był bardzo kochliwym bogiem. Trudno zliczyć śmiertelniczki, które obdarzył swoimi względami, a jeszcze trudniej – owoce tych romansów, czyli liczne potomstwo. Tu wspomnę o jednej z wybranek Gromowładnego – córce Akrisjosa, Danae. Władcy Argos przepowiedziano, że zginie z rąk swojego wnuka. Postanowił więc uwięzić córkę Danae w wieży, do której nikt nie miał dostępu. Jak się łatwo domyślić, manewr ten miał uniemożliwić dziewczynie kontakty z mężczyznami, a co za tym idzie – poczęcie dziecka. Ale - jak mówi powiedzenie - „co ma wisieć, nie utonie”. W pięknej dziewczynie zakochał się Zeus, a kiedy władca Olimpu przeżywał miłosne uniesienia, nikt i nic nie mogło go powstrzymać, a już na pewno nie wieża i ojciec jego wybranki. Pewnego dnia spadł na Danae w postaci złotego deszczu i stało się to, co przeznaczone. Wybranka Zeusa zaszła w ciążę i kiedy minął odpowiedni czas, urodziła syna Perseusza. Poniżej obraz Gustava Klimta „Danae” uznawany za najbardziej erotyczny z jego obrazów.

Opowieść o Danae i złotym deszczu jest dla mnie pretekstem, żeby powiedzieć kilka słów o dotyku. Deszcz jest otulający, przenikający i można nim nasiąknąć. Kojarzy mi się z dotykiem, którego rozwój przebiega najwcześniej ze wszystkich zmysłów. Dziecko doświadcza go już w łonie matki. Dotyk określa, kim jesteśmy, daje poczucie przynależności i bezpieczeństwa. Jest niezbędny do prawidłowego rozwoju dziecka we wszystkich obszarach, a u osób dorosłych – do prawidłowego funkcjonowania emocjonalnego. Dotyk jest wiele razy ważniejszy, niż kontakt wzrokowy czy werbalny. Kiedy ludzie się dotykają, następuje przesłanie energii z serca jednej osoby do drugiej, a to z kolei wpływa na mózg. Jeśli osoba, która dotyka, ma spójny schemat rytmu serca, to jej dotknięcie spowoduje, że u drugiej osoby fale mózgowe też staną się spójne. Receptory dotyku reagują nie tylko na bezpośredni kontakt ze skórą, ale także na dźwięk i wibracje powietrza. Wystarczy przywołać z pamięci melodię, która wywołuje "dreszcze", żeby zdać sobie z tego sprawę. Dotykiem wspieramy, pocieszamy i okazujemy miłość. Ludzie dotykają się coraz mniej. Obsesja pedofilii i homofobii spowodowała, że nauczyciele obawiają się przytulić płaczącego ucznia, a przyjaciele – objąć.

Kiedy myślę o dotyku, przypomina mi się dialog z pierwszej sceny filmu „Miasto gniewu” (ang. Crash), który oglądałam co najmniej pięć razy i który za każdym razem tak samo mnie porusza:

- Wszyscy potrzebujemy dotyku.
- Co ty gadasz?
- W innych miastach ludzie chodzą po ulicach, ocierają się o innych, wpadają na siebie. W Los Angeles nikt nikogo nie dotyka. Zawsze oddziela nas metal i szkło. Tak bardzo brakuje nam tego dotyku, że zderzamy się ze sobą, żeby cokolwiek poczuć.





Crash soundtrack - "Sense of Touch"




sobota, 16 marca 2013

Pożeraczka reklam


Czas to pieniądz, a więc dzień zaczęłam z kremem, który wchłania się w siedem sekund. Jeden gest - pięć rezultatów. I natychmiast gotowa do wyjścia. Na dziś zaplanowałam to, co tygryski lubią najbardziej - zakupy w hipermarkecie. Codziennie coraz niższe ceny, gwarancja oszczędności. A do tego wszystko pod jednym dachem. Zaczęłam od działu kosmetycznego. Postanowiłam zmienić kolor włosów na bardziej sensacyjny. Wybieram farbę, której kremowa konsystencja gwarantuje olśniewające refleksy i siup! do koszyka. Pamiętam też o swoim mężu. Dezodorant gwarantujący potężną dawkę świeżości, to jest to, czego chcą mężczyźni. Do tego woda toaletowa, której ulegają nawet anioły. Dla syna coś mocniejszego - lubi sporty ekstremalne. Odnajduję na półce z męskimi kosmetykami odpowiedni spray - technologia, która reaguje na wzrost adrenaliny. Niech się chłopak czuje świeżo i wygląda świeżo! A skoro już jestem przy dezodorantach, to wezmę coś dla siebie i córki. Może ten? Bezwzględny dla potu, a skóra jest nawilżona aż do siedemdziesięciu dwóch godzin... Biorę. Na liście mam jeszcze pastę do zębów. Wybieram tę, która poprawia stan dziąseł w cztery tygodnie i drugą, która zawiera kompleks powodujący, że dziąsła lepiej przylegają do zębów. Jedna na rano, druga na wieczór. Olśniewająca biel w dwa tygodnie. 

Obok działu kosmetycznego są półki z artykułami medycznymi. Za pamięci sięgam po środek, który grzybicy nie przepuści. Będzie jak znalazł na basen. Coś przeciwbólowego też by się przydało. Biorę do ręki kartonik i czytam, że kapsułki zawierają maksymalną dawkę płynnego leku dopuszczalną bez recepty i działają szybciej niż zwykłe środki przeciwbólowe. Wrzucam do koszyka opakowanie, a po namyśle dorzucam drugie. Będzie na zapas. Mama prosiła mnie o lek dla niepokonanych, a do tego taki, żeby działał przez cały dzień, całą noc i przyspieszał powrót do formy. Odnajduję właściwy produkt. Załatwione. Teraz coś dla dziadka. Środek wspomagający naturalne funkcjonowanie prostaty - męski lek na męską rzecz. Nie ma się czego wstydzić, normalna sprawa. A przy okazji dorzucam jeszcze coś, co można kupić bez recepty i bez wstydu. Sąsiadka prosiła o środek na hemoroidy. Zastanawiam się, czy to już wszystko... Po chwili klepię się w czoło. Ale ze mnie gapa! Przecież jeszcze tabletki na różne bóle brzucha. I na biegunkę (jedna dawka wystarczy) i na zaparcie (łagodne i naturalne). Niedługo wakacje, nigdy nie wiadomo, co może się przytrafić mnie lub moim bliskim. Uff... teraz już chyba mam wszystko, co potrzebne. 

Oddycham głęboko i czuję, że zgłodniałam. A kiedy czuję głód nie jestem sobą. Na szczęście jest promocja słodyczy. Idę do hostessy spacerującej z tacą, wrzucam pauzę i smakuję życie. Czas na przerwę. Czekoladowa słodkość rozpływa się w moich ustach, a mnie robi się błogo. Chętnie ucięłabym sobie drzemkę, ale jeszcze zostało mi sporo do zrobienia. A raczej do kupienia. W tej sytuacji korzystam z drugiej promocji i idę napić się kawy, która podobno nadaje smak historiom. Po kilku łykach uświadamiam sobie, że w domu nie mam już gumy, którą trzeba żuć po każdej kawie. Jestem w rozterce - pić dalej i kupić gumę, czy zdecydować się na środek, który jednocześnie pomaga zapomnieć co to stres, skurcz, przemęczenie, a dodatkowo zastępuje kawę. Po dramatycznych chwilach wahania wybieram tę drugą opcję. Zawsze to jakaś oszczędność. Łapiąc po drodze kilka pudełek herbaty (nowe smaki w większych opakowaniach), wędruję z powrotem do działu "medycznego" i odnajduję na półce ostatnie opakowane kapsułek. Szczęściara ze mnie! Skoro już tu jestem, to wpadnę jeszcze raz do kosmetycznego po specjalną maszynkę do golenia. Piękna skóra potrzebuje ochrony. I to mi przypomina o czymś jeszcze. Piękność pięknością, ale ważna jest szybka ulga dla skóry, gdy stanę się ofiarą słońca lub komarów. Dorzucam do koszyka smarowidło, które równocześnie chłodzi poparzenia i łagodzi ukąszenia. Znów zaoszczędziłam! I jeszcze tylko pudełko plastrów, bo przecież mogę się skaleczyć, pęcherz może się zdarzyć, ale nie muszę tego oglądać. I ostatnia rzecz - tabletki odchudzające. Też opcja dwa w jednym. Chudnij rano i chudnij wieczorem. Biorę zapas na trzy miesiące.

Jestem ledwie żywa. Wrzucam do kosza to, co dobrze schłodzone gasi pragnienie i idę dalej w kierunku artykułów gospodarstwa domowego. Myślę o pomalowaniu mieszkania. Czas na zmiany, czas na nowe kolory. Mąż pewnie będzie marudził, konserwatysta jeden, ale w końcu nie będzie miał wyjścia, gdy mu postawię przed nosem puszki z farbą. Lodówkę też przydałoby się zmienić. Oglądam taką bardziej pojemną niż inne - podobno mieści się w niej wszystko, czego potrzebuję. Pomyślę nad tą lodówką, a tymczasem wkładam do koszyka klej, którym można nawet żyrandol przytwierdzić do sufitu. Bez wiercenia. Żyrandol wprawdzie już wisi, ale nowa półka na książki czeka. Będzie okazja do wypróbowania kleju.

Teraz przypominam sobie, że siostra prosiła mnie o pieluszki dla syna. Młody nauczył się chodzić i włazi teraz w każdą dziurę. Wybieram te, które nadążą za każdym jego ruchem. To będzie prezent od cioci. Niech sika swobodnie. A skoro już o tym mowa, to nie zaszkodzi kupić też porządny proszek do prania. Najlepiej taki, który pomaga usunąć zaschnięty brud w pierwszym praniu i odnawia biel. Do tego jakiś środek do zmywania naczyń, przy którym tłuszcz nie ma żadnych szans. Siostra będzie miała trochę więcej czasu dla siebie. Wybieram odpowiednie produkty i powoli zmierzam do kasy. Czuję, że potrzebuję intensywnego orzeźwienia, więc łapię po drodze butelkę wody, która dodaje gazu, i drugą - nieprzyzwoicie mineralną. Otwieram tę pierwszą i piję przez dłuższą chwilę. Boże, co za ulga! 

Docieram do kasy, przy której na szczęście nikogo nie ma. To dobrze, bo już mi nogi w tyłek weszły. Jestem trochę zaskoczona wysokością rachunku. W końcu kupiłam tylko potrzebne rzeczy. I to ma być sklep z niskimi cenami! Nabijają klientów w butelkę! Idąc do wyjścia słaniam się ze zmęczenia. Jakaś dziewczyna wciska mi do ręki ulotkę z reklamą banku. Zerkam odruchowo. Koniec dużych rachunków, święto niskich rachunków. To coś dla mnie. Postanawiam, że po południu wybiorę się tam. Może następnym razem zapłacę mniej. Jeszcze tylko zatrzymuję się przy stanowisku operatora sieci telekomunikacyjnej, którą wybiera najwięcej osób w Polsce. Podpisuję umowę na pakiet z darmowym internetem i gwarancją wizyty gwiazd Hollywood w moim domu. Dzieciaki się ucieszą! Wyjeżdżając z parkingu supermarketu o mało nie zderzam się z samochodem jadącym z przeciwka. Palant siedzący za kierownicą wymachuje do mnie rękami. Z wdziękiem pokazuję mu środkowy palec i jadę dalej. W kiosku koło mojego bloku kupuję jeszcze tygodnik dla kobiet, w którym jest najwięcej porad udzielanych przez najlepszych ekspertów. Może znajdę tam wskazówkę, jak zaoszczędzić na podróże w miejsca, gdzie codzienność nie istnieje.

poniedziałek, 11 marca 2013

Efekt Pigmaliona


Pigmalion był królem Cypru, jednak bardziej niż władza, interesowało go rzeźbienie, któremu oddawał się z pasją. Pewnego razu stworzył postać kobiety cudownej urody, o imieniu Galatea, w której zakochał się. Niestety, gorzka była ta miłość, bowiem kamień nie mógł do niego przemówić, uśmiechnąć się, czy przytulić. Dlatego zrozpaczony Pigmalion prosił gorąco Afrodytę, żeby ożywiła posąg. Bogini miłości, ujęta jego cierpieniem, tchnęła życie w martwy kamień. Pigmalion ożenił się z Galateą, uczynił ją królową i miał z nią syna Pafosa, który później założył miasto i wybudował w nim świątynię Afrodyty.

„Pigmalion”, to także tytuł sztuki, którą napisał George Bernard Shaw, a jej tytuł nawiązuje właśnie do mitu o cypryjskim królu-rzeźbiarzu. Profesor Higgins, językoznawca, wierzy w to, że nauczy prostą, uliczną kwiaciarkę Elizę zasad poprawnej i pięknej wymowy oraz manier. Zakłada się o to ze swoim przyjacielem. Rezultat działań profesora przerasta oczekiwania wszystkich zainteresowanych – Eliza robi postępy, a wprowadzona na salony odnosi towarzyski sukces.



Na podstawie sztuki, w 1964 roku został zrealizowany musical „My Fair Lady”, w którym główną rolę zagrała Audrey Hepburn. 


.


W psychologii efektem Pigmaliona nazywa się niekiedy zjawisko samospełniającego się proroctwa - jeżeli uważasz, że coś nastąpi lub ktoś zachowa się w określony sposób, to mimowolnie będziesz postępować tak, żeby twoje oczekiwania, przewidywania potwierdziły się. Innymi słowy – świat jest taki, jaki myślisz, że jest. Jak sobie z tym radzić? Pozbyć się oczekiwań i uprzedzeń. Nie nastawiać się z góry na coś. Być otwartym na informacje i znaki.


czwartek, 7 marca 2013

Nić Ariadny


Kiedy Minos został nowym królem Krety, modlił się do Posejdona o zesłanie mu byka na potwierdzenie jego prawa do sprawowania władzy. Bóg mórz i oceanów sprawił, że pewnego razu z morza wyłonił się piękny biały byk. Minos powinien złożyć go w ofierze bogom, ale zwierzę tak mu się spodobało, że dołączył je do swojego stada, a na ofiarę przeznaczył inne stworzenie. Rozgniewany Posejdon postanowił się zemścić i w tym celu poprosił o pomoc Afrodytę. Bogini miłości sprawiła, że w białym byku zakochała się żona Minosa. W wyniku tego nietypowego romansu urodził się potwór stanowiący mieszankę byka i człowieka. Nazwano go Minotaur. Zhańbiony król umieścił go w podziemnym labiryncie zbudowanym  przez Dedala. Prowadziło do niego tylko jedno wejście. W wyniku wygranej później wojny z Atenami, Minos zażądał od przegranych składania mu hołdu. Co dziewięć lat Ateńczycy musieli przekazać królowi Krety siedem młodych kobiet oraz siedmiu młodych mężczyzn. Wiadomo było, że czekała ich śmierć w labiryncie Minotaura. Kiedy nadszedł czas kolejnej daniny, w Atenach pojawił się Tezeusz. Kiedy dowiedział się o wszystkim, złożył publiczną obietnicę, że pojedzie z przyszłymi ofiarami na Kretę, ocali je i wróci z głową potwora.

Kiedy Ariadna, córka Minosa i jego żony, ujrzała Tezeusza, zakochała się w nim i postanowiła mu pomóc dając kłębek nici. Kiedy przyszłe ofiary Minotaura zamknięto w labiryncie, Tezeusz polecił im zostać przy drzwiach, do których przywiązał koniec nici, po czym udał się na poszukiwanie potwora. Kiedy go odnalazł, w ciężkiej walce pokonał Minotaura, który nie docenił sił bohatera. Tezeusz skręcił mu kark i zwijając nitkę z powrotem na kłębek odnalazł powrotną drogę w labiryncie. Ariadna czekała na wszystkich na zewnątrz. Kiedy się wyłonili, pobiegli do portu, weszli na statek i ruszyli w drogę powrotną do Aten. Mimo pościgu udało im się uciec. Po kilku dniach podróży zatrzymali się na wyspie Nakos i zeszli na ląd. Kiedy Ariadna usnęła, Tezeusz zostawił ją, wrócił na statek i odpłynął. Niektóre źródła podają, że bohater też zakochał się w księżniczce i w zamian za pomoc przyrzekł ożenić się z nią. Może żałował pochopnie złożonej obietnicy? Może bał się wiązać? A może czuł lęk przed porzuceniem?

Nić Ariadny kojarzy się z pomocną dłonią, wskazówką, wybrnięciem z trudnej sytuacji, wybawieniem z opresji dzięki pomysłowi drugiej osoby. Labirynt jest symbolem chaosu, bałaganu, problemów, tajemnic, komplikacji, pułapek. We śnie labirynt symbolizuje życiowe zawiłości, które są przeszkodą na drodze do celu. Jest wskazówką, żeby zajrzeć w swoje wnętrze i starać się odnaleźć kierunek na życiowych bezdrożach.

Kiedy myślę o Ariadnie, przypomina mi się pewien cytat: „Jeśli się chce, by mężczyzna czy chłopiec pożądał danej rzeczy, należy ją jedynie uczynić trudno osiągalną.” (Mark Twain) Gdyby Ariadna o tym wiedziała, może jej historia skończyłaby się inaczej. Chociaż z drugiej strony może takie było jej przeznaczenie? Wkrótce znalazła pocieszenie w ramionach Dionizosa, boga wina, zabawy i dzikiej natury, który zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia i natychmiast poślubił. A więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pewna moja znajoma powtarza: „Jeśli coś idzie nie tak, coś się nie wiedzie, to weź głęboki oddech i otwórz się na znaki. Prawdopodobnie coś lepszego na ciebie czeka”.

poniedziałek, 4 marca 2013

Wybór Parysa


Historię zapoczątkowała bogini niezgody, której nie zaproszono na pewną ucztę weselną. Urażona Eris zjawiła się niespodziewanie na przyjęciu, niczym zła wróżka na chrzcinach Śpiącej Królewny, i rzuciła na stół złote jabłko z napisem: „Dla najpiękniejszej”.  Ten gest spowodował wielkie zamieszanie wśród bogiń, ale prawdziwe piekło rozpętało się pomiędzy Herą, Ateną i Afrodytą. Każda z nich uważała, że to dla niej przeznaczone jest złote jabłko i nie zamierzała ustąpić. Żaden z obecnych bogów nie był w stanie ich pogodzić, zatem Zeus zdecydował, że konflikt rozsądzi Parys. Ów młodzieniec był synem króla Priama i królowej Hekabe. Przed narodzinami jego matka miała sen, że urodziła płonącą pochodnię, od której spłonęła cała Troja. Zdaniem wyroczni sen oznaczał, że nowonarodzony przyczyni się do upadku państwa. Żeby zapobiec tragedii Parys po urodzeniu został porzucony w górach. Od śmierci ocaliła go niedźwiedzica, która zaopiekował się nim i wykarmiła. Przygarnięty potem przez jednego z pasterzy, wyrósł na pięknego, wiodącego spokojne i beztroskie życie młodzieńca. Do niego właśnie wysłał Zeus swojego posłańca Hermesa razem z kłócącymi się boginiami. Parys zdawał sobie sprawę, że jeśli wybierze którąś z nich, ściągnie na siebie gniew pozostałych. Nie wiedział, co ma uczynić, więc poprosił każdą z bogiń o to, żeby po kolei stanęły przed nim. Pierwsza podeszła Hera i obiecała Parysowi władzę i bogactwo. Potem Atena kusiła młodzieńca darem mądrości i rozwagi, które pozwolą mu wygrać każdą walkę. Na końcu podeszła Afrodyta i obiecała Parysowi najpiękniejszą kobietę świata – Helenę, żonę króla Sparty, Menelaosa. Ta właśnie obietnica spowodowała, że złote jabłko trafiło do rąk bogini miłości, a Hera i Atena odeszły w gniewie, knując zemstę. Jak wiemy, podczas nieobecności Menelaosa, Parys porwał Helenę, a pomogła w tym Afrodyta, która odebrała Najpiękniejszej rozum, a w zamian sprawiła, że zapragnęła gorąco młodego księcia. Kiedy król wrócił do Sparty, kochankowie już zdążyli uciec do Troi. To wydarzenie stało się bezpośrednią przyczyną wolny trojańskiej, w wyniku której Troja została zrównana z ziemią.

Niektórzy twierdzą, że Parys był młody i niedoświadczony, dlatego w swoim wyborze kierował się głosem serca. A jeśli wybrałby władzę i bogactwo? Albo mądrość i rozwagę? Czy wtedy byłoby lepiej? Czy dałby dowód większej dojrzałości? Cóż, każdy wybór pociągnąłby za sobą gniew i zemstę dwóch pozostałych bogiń. Jako osoba utkana z emocji podążam za głosem serca. Dlatego, kiedy rozum nakazuje mi odmówić sobie czekolady, wzdycham i przypominam sobie, że przecież „życie nie powinno być podróżą do grobu, której celem jest dowiezienie do końca atrakcyjnych i dobrze zachowanych zwłok”. Ale gdyby tylko o czekoladę chodziło! Całe życie to wybory. Dlatego kiedy rozum wymachuje mi nad głową swoim mieczem, otwieram zeszyt z cytatami i wyszukuję właśnie ten: „Za dwadzieścia lat bar­dziej będziesz żałował te­go, cze­go nie zro­biłeś, niż te­go, co zro­biłeś.” (Mark Twain). Co będzie, gdy u kresu ziemskiej tułaczki położę się na katafalku z gromnicą przy głowie? Co sobie pomyślę? Tego nie zrobiłam, tamtego sobie odmówiłam, czegoś się bałam... I co? Zaraz zapakują mnie do drewnianej skrzynki lub spalą (jeszcze nie zdecydowałam;-) Czas minął, już jest za późno. Podążanie za głosem serca jest może bardziej bolesne, ale życie ma lepszy smak. Możliwe, że wiele osób nie zgodzi się ze mną, ale… to właśnie kwestia wyboru.


piątek, 1 marca 2013

Córa Koryntu i prawiczek


Wreszcie nadeszła ta wyśniona chwila, gdy opuściłem szacowne mury krakowskiej Alma Mater jako świeżo upieczony adept Temidy. Moi przyjaciele postanowili uczcić ten fakt przygotowaną specjalnie dla mnie niespodzianką. Impreza zaczęła się w akademiku, gdzie swoje cztery kąty miał jeden z uczestników zabawy. Wypiliśmy coś mocniejszego, a kiedy wybiła godzina duchów, przyjaciele zasłonili mi oczy wiążąc ciemną szarfę dookoła głowy i wyprowadzili na zewnątrz. Wsiedliśmy do samochodu i jechaliśmy około piętnastu minut często skręcając raz w prawo, to znów w lewo. Na początku próbowałem zapamiętać trasę, ale po kilku minutach zrezygnowałem, ponieważ w głowie mi się pomieszało od tych zakrętów. Wreszcie stanęliśmy i jeden z moich przyjaciół pomógł mi wyjść z samochodu. Weszliśmy do jakiegoś budynku. Chwilę później zostałem wprowadzony do ciepłego, pełnego gwaru i muzyki pomieszczenia.
- Jesteśmy na miejscu – usłyszałem. – Możesz zdjąć opaskę z oczu.
Powoli sięgnąłem do paska materiału otaczającego moją głowę. Pociągnąłem i moim oczom ukazał się niezwykły widok. Na pluszowych czerwonych kanapach i na okrągłych barowych stołkach siedziały w kuszących pozach kobiety. Blondynki, rude, brunetki… Każda z nich była ubrana w inną sukienkę podkreślającą to, co w niej najatrakcyjniejsze: nogi, pośladki, piersi. Wszystkie były zachwycająco piękne i uśmiechnięte. Barman skinął na mnie, żebym podszedł. Usiadłem na jednym z wolnych stołków i rozejrzałem się dookoła oszołomiony. Nie miałem wątpliwości, że trafiłem do domu pod czerwoną latarnią, a zgromadzone dziewczyny to prawdziwe córy Koryntu. Trzeba przyznać, że do tej pory nie zadawałem się z kobietami. Byłem prawiczkiem, w którego żyłach płynęła błękitna krew i czekałem na dobrze urodzoną damę swojego serca. Barman podał mi do ręki kieliszek na wysokiej nóżce. Wypiłem duszkiem boski trunek i rozluźniłem się. Z odzyskaną na nowo pewnością siebie wyciągnąłem do barmana rękę z pustym szkłem.
- Jeszcze raz to samo.
Powtórzyłem ten gest trzy razy aż poczułem, że kręci mi się w głowie. Wtedy dwie z siedzących obok dam kameliowych wzięły mnie za ręce i zaprowadziły w głąb pomieszczenia. Za grubą, aksamitną kotarą w kolorze czerwonego wina były ukryte drzwi. Panienki wepchnęły mnie do środka. W pokoju panował półmrok i chwilę mi zajęło przyzwyczajenie wzroku do widzenia w przyćmionym świetle. 
Wtedy zaparło mi dech w piersiach. Na łóżku leżała naga, ruda piękność o rubensowskich kształtach niczym panna O'Murphy z obrazu Francoisa Bouchera Akt na sofie. Z trudem przełknąłem ślinę i poczułem, że moje spodnie nagle zrobiły się ciasne.
- Zdejmij ubranie – usłyszałem polecenie wydane niskim, lekko zachrypniętym głosem. Drżącymi z emocji palcami z trudem rozpinałem guziki mojej garderoby. Wkrótce stanąłem przed nią w stroju Adama ściskając w rękach swoje męskie klejnoty.
- Chodź tu do mnie. – Kobieta skinęła dłonią. Słodkie igraszki z Wenerą to zbyt skromna nazwa tego, co się zaczęło dziać, gdy zająłem miejsce obok niej. Rudowłosa okazała się istnym diabłem wcielonym o niespożytej energii, bez zahamowań, bez ograniczeń. Jako nowicjusz ledwo dotrzymywałem jej kroku. W pewnym momencie pomyślałem, że jeśli nie wyzionę ducha z nadmiaru emocji, to zwariuję i zamkną mnie w domu bez klamek. Ale to wszystko było warte nawet wstydliwej choroby post factum.
Kiedy już zupełnie zabrakło nam sił, przytuliłem twarz do jej białej piersi i szczęśliwy zapadłem w objęcia Morfeusza. Na drugi dzień obudziłem się w swoim własnym łóżku, ubrany w piżamę w paski. Rozciągając leniwie ciało, mruczałem z zadowoleniem na myśl o minionej nocy. Ale miałem sen! To chyba znak, żebym wreszcie znalazł sobie dziewczynę, pomyślałem. Przez pół niedzieli snułem się po domu nakręcony jak budzik, wspominając rudą córę Koryntu ze snu i moje łóżkowe popisy. Wszystko to trwało do czasu, gdy po południu włączyłem komputer i wszedłem na swój profil na Facebooku. Filmik umieszczony na mojej tablicy zwalił mnie z nóg.

W pociągu

Hamując łzy pożegnałam się z przyjaciółką i wsiadłam do pociągu. Odszukałam swój przedział. Wewnątrz niewielkiego pomieszczenia z sześcioma fotelami siedziała kobieta i rozmawiała przez telefon. Na środku, zagradzając przejście, stała czerwona walizka wielkości małej szafy. Pokazałam kobiecie na migi, że chciałabym przejść. Ona, nie przerywając rozmowy, przesunęła bagaż tarasując tym razem dostęp do mojego fotela. Wrzuciłam swoją torbę na półkę i jeszcze raz odwróciłam się do współpasażerki. Tym razem pisała esemesa. Pokazałam jej gestem, że chciałabym usiąść na swoim miejscu, więc wstała i ponownie przemieściła walizkę nie odrywając oczu od wyświetlacza. Potem wyszła na korytarz. Usiadłam pod oknem, wyjęłam butelkę wody i książkę. Wtedy rozległ się dźwięk nadchodzącej wiadomości i kobieta wróciła z powrotem. Zajęła miejsce na przeciwko mnie, zerknęła na swój telefon, pokręciła głową, a jej twarz rozjaśnił uśmiech.
- Ach, ta elektronika! - zawołała patrząc na mnie. - Wysłałam esemesa do kogoś innego, niż zamierzałam.
- To się zdarza. - Kiwnęłam głową. - Gorzej, jeśli treść wiadomości absolutnie nie jest przeznaczona dla tej osoby.
- To na szczęście były tylko dwa neutralne zdania na temat mojego przyjazdu. I przez pomyłkę trafiły do męża. Odpisał, że będzie czekał na peronie. Bo widzi pani... On mnie zostawił. Wyprowadził się dwa miesiące temu - wyznała, a ja, nie wiedząc, jak zareagować, milczałam. - Nie mam pojęcia, dlaczego to zrobił, ale wiem na pewno, że nie chodzi o inną kobietę. Wracam teraz od moich rodziców. Odwiedziłam ich razem z synem, który zostanie tam do końca wakacji. Mnie, niestety, skończył się urlop. Pora do pracy. Mąż jest fantastycznym ojcem. Bardzo dba o syna, interesuje się jego sprawami. Tylko, że teraz syn nie chce z nim rozmawiać. Odrzucił propozycję wspólnych wakacji. Jest zły na ojca, że nas opuścił. Tak mu powiedział i zamknął się w sobie. Syn jest w trudnym wieku, ma czternaście lat. Ale wracam do męża. Nie wiem, jaka jest przyczyna jego zachowania. Poznałam go dwadzieścia lat temu, a od siedemnastu jesteśmy małżeństwem. Wszystko, zawsze robiłam dla rodziny. Pewnie, że miałam kiedyś pasje i marzenia. Ale wie pani, jak to jest... Praca, potem obiad, sprzątanie, pranie... Czytam książki. To jedyne, co robię dla siebie. Nigdzie nie wychodzę, nie ma mowy o jakichś kawkach z koleżankami. Skąd na to brać czas? Mąż czasem mówił, żebym zadzwoniła do pani, która sprząta, ale nie chciałam. Nikt tego lepiej ode mnie nie zrobi. Mówił, żebym poszła do fryzjera. Ale po co? Sama potrafię położyć farbę, a włosy i tak noszę upięte. Kiedyś chodziliśmy do kina, do teatru, robiliśmy sobie kolacje we dwoje. Ale potem zabrakło na to czasu. Coś pogubiliśmy po drodze. Gdy mąż się wyprowadził, na początku byłam w szoku. Płakałam. Potem zaczęłam rozmyślać. Popatrzyłam na siebie w lustrze i zobaczyłam zaniedbaną Matkę-Polkę ograniczającą się do tego, żeby żyć dla innych. Zadzwoniłam do pani, która sprząta, poszłam do kina z koleżanką i odwiedziłam fryzjera. Zdałam sobie sprawę, że z biegiem lat przestałam być w naszym związku kobietą, a stałam się robotem i opiekunką. Na własne życzenie. W czasie urlopu chciałam zaproponować mężowi spotkanie i rozmowę. Po dwóch miesiącach emocje opadły i można to zrobić spokojnie i rzeczowo. Nie miałam jednak odwagi. A tu proszę! Pomyłkowo wysłałam do niego esemesa, a on odpisał, że przyjdzie na dworzec mimo późnej pory. To stało się w tym momencie, gdy poprosiła mnie pani o przesunięcie walizki.
Kiedy pociąg przybył do naszego miasta, mąż mojej współpasażerki już czekał na peronie. Przez chwilę popatrzyli sobie głęboko w oczy, a potem poszli zgodnie w stronę wyjścia. Odprowadzając ich wzrokiem zastanawiałam się, co by było, gdybym weszła do przedziału trochę później, albo nie nalegała na przesunięcie walizki.

Co się kryje w moich oczach?


Po wielu latach, niespodziewanie spotkałam Chrisa. Rozpoznałam go bez trudu, ponieważ wyglądał jak starsza kopia samego siebie sprzed lat. Identyczna fryzura z tą różnicą, że teraz jego ciemne, falujące włosy były poprzetykane srebrnymi, połyskującymi nitkami; to samo bezczelne spojrzenie, koszula z rozpiętym kołnierzykiem i obowiązkowy granatowy fular w białe grochy pod szyją, który wyśmiewałyśmy z Emilią na każdych zajęciach. Ta sama figura, te same gesty... Zapisałam się na wakacyjny, intensywny kurs angielskiego do jednej ze szkół językowych i tam go ponownie spotkałam. Okazało się, że jest nauczycielem w grupie, do której mnie przydzielono po zrobieniu testu weryfikującego poziom znajomości języka. Nie wiem, czy bardziej zaskoczyło mnie to, że się spotkaliśmy ponownie po tylu latach, czy to, że go rozpoznałam, czy wreszcie to, że on poznał mnie.

* * *

Miałam siedemnaście lat, chodziłam do liceum i uczyłam się dodatkowo angielskiego w jednej z nielicznych wtedy szkół językowych. Podobnie, jak teraz, był moim nauczycielem. Trzydziestoletni Amerykanin polskiego pochodzenia, który wrócił do kraju przodków. Na początku robił wrażenie typowego, nudnego wykładowcy, który nie jest w stanie niczym zaskoczyć. Tak myślałam do czasu, gdy pewnego dnia po zajęciach zatrzymał mnie przy drzwiach. 
- Magda, poczekaj, czy możemy wyjść razem? 
- Tak, oczywiście – odpowiedziałam lekko zdziwiona. 
On założył płaszcz, wziął teczkę i zeszliśmy razem po schodach. 
- W którą stronę idziesz? Odprowadzę cię i pogadamy. 
- Idę na przystanek autobusowy. – Zerknęłam na niego z ciekawością. – Co to za sprawa? 
Obrzucił mnie nieodgadnionym spojrzeniem. 
– Wiesz, Magda, przyglądam ci się od jakiegoś czasu. Masz ładną, interesującą twarz i dobrą figurę… Chciałbym cię fotografować. 
- Słucham? – Wytrzeszczyłam na niego oczy. 
- Mam studio fotograficzne, robię zdjęcia, czasem organizuję wystawy… Chciałabym cię fotografować - powtórzył. 
- Nie wiem, co powiedzieć, jestem kompletnie zaskoczona – wydusiłam z siebie. – Muszę to przemyśleć. 
- Oczywiście, rozumiem. Zastanów się i daj mi odpowiedź na następnych zajęciach - poprosił. 
- Pomyślę. – Pożegnałam się z nim na moim przystanku. 
Jechałam autobusem i nie wiedziałam, co myśleć na temat otrzymanej propozycji. Wbrew pozorom wcale nie skakałam ze szczęścia. Przeciwnie, czułam się tak, jakby oblepiało mnie coś śliskiego i nieprzyjemnego, a przecież Chris tylko komplementował mój wygląd. 

Jedyną osobą, której mogłam się zwierzyć, była moja przyjaciółka Marysia. Umiała trzymać język za zębami i stąpała mocno po ziemi. Po wysłuchaniu mnie, zapytała: 
- I co zrobisz? Zgodzisz się? 
- Nie wiem - odpowiedziałam. – Właściwie nie mam się do czego przyczepić, ale intuicja mi mówi, że jest jakieś drugie dno. 
- Właśnie! – podchwyciła Marysia. – Co on dokładnie powiedział? Coś o twarzy i figurze... Moim zdaniem chce ci pstrykać rozbierane fotki – stwierdziła z przekonaniem. – Gdyby robił portrety, to mówiłby tylko o twarzy, prawda? 
- Tak myślisz? Że tu jest haczyk? Może chce mnie fotografować w ciuchach? 
- Magda, w jakich ciuchach?! – Przyjaciółka parsknęła śmiechem. -  Chyba nie w twoich dżinsach i golfie?! Gdyby robił zdjęcia dla jakiegoś pisma młodzieżowego, to jeszcze… Ale nie wspominał o tym, prawda? 
Zadzwonił dzwonek na lekcję obwieszczając koniec naszej rozmowy. Kilka dni później przekonałam się, że Marysia miała rację. Wychodząc z następnych zajęć tak manewrowałam, żeby Chris mnie nie zaczepił, ale po kolejnych nie dałam rady. Zaciął się suwak w mojej torbie i walczyłam z nim zawzięcie. W międzyczasie wszyscy wyszli już do domu i zostaliśmy tylko ja i on. 
- Magda, zastanowiłaś się nad moją propozycją? – zapytał. 
- Myślałam o tym – przyznałam. – Mam kilka pytań. 
- Oczywiście! – Chris przerwał mi. – Nie powiedziałem wtedy nic o pieniądzach, ale naturalnie uzgodnimy stawkę tak, żebyś była zadowolona. 
Pieniądze, pomyślałam. To mi nie przyszło do głowy. Moje własne pieniądze. 
- Interesuje mnie, jakie to będą zdjęcia. - Spojrzałam mu prosto w oczy. 
- Ach, tak. Czarno-białe. – Błysnął zębami w uśmiechu. –  Nie robię koloru. 
- Chodzi mi o coś innego… - Zastanawiałam się, jak zapytać wprost, a on albo nie domyślał się, albo udawał i nie zamierzał mi pomóc. – Chciałabym wiedzieć… w jaki sposób będziesz mnie fotografował? Co ze mnie będzie na tych zdjęciach? 
- Rozumiem… Robię akty. 
- Proszę? – Otworzyłam szeroko oczy. – Chcesz powiedzieć, że proponujesz mi pozowanie bez ubrania? Nago? 
- Tak. – Wzruszył ramionami. – Nie rozumiem, czemu to cię tak dziwi. To normalna, artystyczna fotografia, a ty dostaniesz zapłatę. Mówiłem, że masz świetną figurę. 
- Nie. 
- Słucham? 
- Powiedziałam „nie” – powtórzyłam. – Nie zgadzam się na rozbierane fotki. 
Popatrzył na mnie już bez uśmiechu. 
- Nie to nie – odpowiedział chłodno. – Twoja strata. Wiele dziewczyn chciałoby dostać taką propozycję. 
- To zwróć się do nich, ja dziękuję. - Zamek wreszcie zaskoczył i mogłam zamknąć torbę. – Bye, bye! – rzuciłam przez ramię i wyszłam. 
Szłam ulicą oddychając głęboko, żeby powstrzymać falę ogarniającej mnie złości. Co za bezczelny typ! - myślałam.

* * *



Dokuczał mi potem do końca semestru, ironizował, punktował każdy mój błąd, a ja nic nie mogłam zrobić. W tamtych czasach pewne rzeczy uchodziły bezkarnie. Dziś wyleciałby z hukiem ze swojej posady. Przypomniałam sobie tę rozmowę patrząc na Chrisa w czasie pierwszej lekcji kursu wakacyjnego. Po zajęciach podszedł do mojego stolika. 
- Pamiętasz mnie? – zapytał. 
- Tak. – Kiwnęłam głową, a on roześmiał się. 
- Balansowałem na krawędzi. Dziś ktoś mógłby to podciągnąć pod molestowanie. 
Znów poruszyłam głową patrząc na niego zmrużonymi oczami, a on mówił dalej: 
- Pewnie myślisz, że chciałem wtedy cię uwieść… 
- A chciałeś? 
- Tak. Prokurator już cię nie chronił, a ja dostawałem zawrotów głowy na myśl o tym, co ukrywasz pod luźnymi swetrami. – Prześlizgnął się oczami po mojej sylwetce. 
- Widzę, że wciąż jesteś obleśnym zboczeńcem – stwierdziłam ze śmiechem. – Nigdy bym się z tobą nie przespała. Byłeś dla mnie za stary, a poza tym miałam wtedy chłopaka, którego kochałam. 
- No cóż… To już przeszłość. Zapamiętałem cię, bo byłaś jedyną dziewczyną, która wtedy mi odmówiła. 
- Jakie to typowe! – zakpiłam, ale on nic nie zrozumiał. 
- Słuchaj, Magda! Wciąż fotografuję. Nie masz pojęcia co mógłbym wydobyć z twoich oczu… 
- Mam pojęcie, mówiła mi przyjaciółka, która zajmuje się wizażem. Nie jestem zainteresowana twoją ofertą, Chris, ale życzę ci powodzenia – machnęłam ręką i poszłam do sekretariatu szkoły. Poprosiłam o przepisanie mnie do innej grupy.





Zamknięte drzwi



Zapytałaś, czy zmieniłbym coś w swoim życiu, gdyby można było cofnąć czas. Chyba każdy niekiedy o tym myśli... Opowiem ci pewną historię tylko dlatego, że jestem już po dwóch drinkach i nic nie wskazuje na to, żebym na nich poprzestał. W stanie trzeźwości, trzymam emocje na wodzy. Wstydzę się swojego romantyzmu i głęboko go ukrywam. Właściwie wdeptuję w ziemię, żeby nawet przez przypadek nie wydostał się na światło dzienne i przedstawił reszcie świata. Nie śmiej się. Moja historia zaczyna się jak każda baśń. Dawno, dawno temu... poznałem pewną dziewczynę. Byłem już zaręczony, a ona spotykała się z moim najlepszym kumplem. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Kompletnie mi odbiło. Pilnowałem, żeby nie zostać z nią sam na sam, bo bałem się, że stracę nad sobą kontrolę. Wiedziałem, że ona czuje to samo, mimo że nie padły nigdy między nami żadne znaczące słowa. Wiesz, o czym mówię, prawda? Miesiąc przed moim ślubem byliśmy na tej samej imprezie. Pierwszy raz tańczyliśmy razem. Trzymałem ją blisko siebie, zbyt blisko. Wiedziałem, że ryzykuję, ale miałem to gdzieś. Przytuliłem policzek do jej włosów, a one łaskotały mnie w nos. Nasze serca biły w zgodnym rytmie. Wtedy zdałem sobie sprawę, że pragnę tylko jej i że nigdy nie będę miał. 

Dwa miesiące później odbył się mój ślub. Rozpocząłem stateczne życie młodego żonkosia, a z rąk uleciały mi resztki nadziei. Właściwie nie wiem, na co liczyłem. Nie mogłem zostawić swojej narzeczonej i rozbić związku najlepszego kumpla. Nie dałbym rady, zniszczyłyby mnie wyrzuty sumienia. Tak wtedy myślałem. Teraz, gdy patrzę z perspektywy czasu, widzę to inaczej. Cóż... Pół roku po moim ślubie ona też wyszła za mąż, ale nadal widywałem ją towarzysko. Na trzeźwo trzymałem się z daleka. Rozmawiałem na neutralne tematy i unikałem kontaktu wzrokowego. Wiedziałem, że kiedy spojrzę w jej oczy, szare jak zachmurzone niebo, utonę w ich otchłani. Po alkoholu było gorzej. Puszczały hamulce. Wykorzystywałem każdy moment sam na sam, żeby zanurzyć dłonie w jej włosach, a potem przesunąć je po szyi. Ma taką gładką skórę... Całowałem ją na pożegnanie lekko w usta udając bardziej pijanego, niż byłem, a na drugi dzień odgrywałem skacowanego imprezowicza, któremu poprzedniego wieczoru urwał się film. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś próbował drążyć temat. Przytulałem ją mocno w tańcu, żeby poczuć pełne piersi i biodra. I tak przez piętnaście lat. Jakiś czas temu przekroczyłem na chwilę tę granicę. Znów była impreza. Kiedy większość gości wyszła, a została tylko garstka półprzytomnych niedobitków, ona wyszła do przedpokoju po torebkę. Mam wielki przedpokój, pełen zakamarków. Poszedłem za nią. Światło było zgaszone. Przycisnąłem ją do ściany i pierwszy raz w życiu naprawdę pocałowałem. Mocno i długo. Nie protestowała. Zarzuciła mi ręce na szyję i oddawała pocałunki. Położyłem dłonie na jej pośladkach, a potem wsunąłem pod bluzkę. Myślałem, że eksploduję... Nie mogę uwierzyć, że ci to opowiadam! Ktoś nas spłoszył i całe szczęście, bo nie wiadomo, jaki byłby ciąg dalszy. I to już koniec baśni. Nie będzie szczęśliwego zakończenia. Stchórzyłem. Przestraszyłem się tego, na co mógłbym sobie pozwolić, gdybym był odważniejszy. Od tamtej pory unikam jej jak ognia. Kiedy widzę zaskoczone, nic nierozumiejące spojrzenie szarych oczu, mam ochotę walić głową w ścianę. Jestem tchórzem. Boję się swoich pragnień i tego, co mógłbym poczuć, gdybym dał sobie taką możliwość. Boję się szaleństwa, zatracenia, przysłowiowych motyli w brzuchu. Od piętnastu lat uciekam w pracę, żeby zapomnieć o nudzie i rozczarowaniu. Teraz podwoję swoje wysiłki, bo kiedy zamykam oczy, wraca tamta chwila z przedpokoju. Widzę ją w snach, wciąż o niej myślę. Wiem, co powiesz. To nie miłość, tylko pożądanie. Pragnę jej, bo nie mogę mieć. A gdybym się tylko odważył, byłaby moja. Wiem o tym. Kochałbym każdy centymetr kwadratowy jej ciała. Bezpiecznie, dyskretnie i bez krzywdzenia innych. Ale ja się boję. Nie tego, że zdradzę i to się wyda. Przerażają mnie uczucia. I to jest mój największy dramat, moje przekleństwo. Zapisałaś? To dobrze, bo drugi raz nie dałbym rady o tym mówić.